Dolomity

DOLOMITY 2001 (12.08-24.08).

Po co ta relacja? Nie dla grafomani ani ku informacji dla innych wybierających się na dolomitowe szlaki. Po prostu dla nas, żeby nie zbladły wspomnienia po udanej wyprawie. Nie jest ona pisana na gorąco, dzień w dzień, ale tuż po, więc mamy nadzieje że dobrze odda klimat i cały czad imprezy. I obiecaliśmy sobie tę relację. No to do dzieła!

 Preludium, czyli przed wyjazdem. (Kraków/Katowice/Bydgoszcz - Dolomity)

 Spotkaliśmy się w sieci. Niektórzy na bazarze Onetu (jak Ewa z Krakowa), niektórzy w Górach.pl (Adam, Bydgoszcz), a niektórzy weszli “kuchennymi drzwiami”, jak Marta z Katowic, tzn. wyjątkowo jak na ekipę znająca wcześniej pomysłodawcę i autora imprezy, Macieja z Katowic. Maciek po prostu ogłosił w sieci że szuka kompana w Dolomity, byle w sierpniu. Ale jak tu się umówić na wyjazd, biorąc pod uwagę rozrzut geograficzny uczestników? Coż, okazało się to jak najbardziej realne. Wprawdzie zrobiliśmy użytek z instytucji telefonu - chyba głównie po to, żeby upewnić się o wzajemnej realności i że nie jesteśmy ofiarami internetowego dowcipnisia - ale nie było to niezbędne. W każdym razie klamki zapadły po kupieniu biletów na autokar do Wenecji (nikt nie dysponował samochodem). Będzie dobrze, jestesmy w zblizonym wieku, mamy podobne doświadczenie górskie, czyli każdy był na Orlej Perci, ale nikt wcześniej się nie wspinał, podobne oczekiwania. O innych kryteriach kwalifikacji zgłoszeń internetowych nic nie było wiadomo ;), choć Maciej pytał np. czy nie palimy. Naprawdę jedziemy! Jeszcze przed wyjazdem trwa uzgadnianie ilości namiotów, kartuszy z gazem, kompletowanie sprzętu; zabieramy za radami znajomych uprzęże, lonże i kaski. I tu wkracza Ania, a mianowicie: Maciej od początku raczył nas forwardem mejli od znajomej dysponującej niemałym doświadczeniem w Dolomitach, co do sprzętu, map, warunków i tego czego możemy oczekiwać od tych gór, także polecanych tras. W ten sposób Ania stała się dla nas osobą dobrze znaną, aczkolwiek nieco mityczną (do czasu, ale o tym później). W niedzielę (12.08) nadchodzi ten wiekopomny moment, czyli wsiadamy z Adamem w Krakowie do autokaru, a po 2 godzinach i chwili krótkiej niepewności ( na przystanku w Bielsku nie widać żywej duszy) dosiadają Maciej i Marta. Każdy trzyma pod pachą przewodnik (autorstwa pana Tkaczyka, czyli podręczna biblia dla amatorów włoskich gór) lub mapę, trzeba się w końcu umówić gdzie idziemy. Dolomity to 80 km wzdłuż i wszerz, i wszystkiego, choćbyśmy padli, nie damy rady. Wiadomo że o 7,50 rano odjeżdża z Piazza le Roma w Wenecji Dolomiti Bus do Cortiny d’Ampezzo. Trzymamy kciuki, żeby autokar przyjechał o czasie, czyli 6.30. Mamy z Adamem tak ciężkie plecaki, że po cichu liczymy na zamelinowanie się gdzieś w miarę blisko, dopóki nie zjemy choć trochę żarcia. Marty plecak waży 18 kg, Maćka niewiele więcej. Jak oni to zrobili, że tylko tyle? Ha, okazało się że nie uwzględnili małych, acz ciężkich plecaczków podręcznych. Zapada decyzja, że na dzień dobry Sorapiss, następnie Tofany, Marmolada, a potem się zobaczy.

Na początek podsumowanie osiągnięć. (Dolomity)

 Najwyższy nocleg (kategoria ogólna) - Marmolada 3 342 n.p.m. Najniższy nocleg w górach - camping w Cortinie 1 200 n.p.m. Najniższy nocleg w ogóle - 0 n.p.m. (plaża na Lido). Najwyższy nocleg w namiocie - 2500 n.p.m. przy schronisku Kostner w grupie Sella. Najzimniejszy nocleg - jak wyżej (tempretaura ok. 2-3 stopnie C). Najbardziej luksusowy nocleg - Marmolada - 3342 m.n.p.m.(szczegóły w swoim czasie). Rekord wysokości - Marmolada (konkretnie Punta Penia). Ilość noclegów płatnych - 1 (Cortina, camping, 18 tysięcy lirów). Dni górskich -10. Suma podejść - ???. Najdłuższy przejazd - Cortina - Malga Ciapella (szczegóły poniżej). Ilość wypitego wina i piwa - ??? Uff, dość tej statystyki!

Sorapiss, czyli gdzie te kopczyki? (Wenecja - Cortina d’Ampezzo - Passo Tre Croci - Rif. Vandelli - Ferrata Vandelli - Biv. Comici - Ferrata Minazio - Biv. Slataper - Ferrata Berti - Rif. Vandelli - Cortina d’Ampezzo)

Lądujemy w Wenecji w środku nocy, godzinę przed czasem, wyrwani ze środka snu i nieco rozczarowani, że nie załapaliśmy się na obiecaną darmową kawę lub herbatę od przewoźnika. O 13 przybywamy do Cortiny, o 15 pakujemy się do Dolomiti Busa na Passo di Tre Croci (nieambitnie zrezygnowaliśmy z 1000 metrowego podejścia bezpośrednio z Cortiny na rzecz 2 godz. i 300 m z przełęczy). Dochodzimy na Lago del Sorapiss, jest schronisko Vandelli. Ludzi niewielu, pogoda “w dechę”, no to walimy na nocleg na dziko nad jeziorko. Lago del Sorapiss ma nieziemsko niebieski kolor i wspaniała trawiasta plażę po drugiej stronie, na której się rozbijamy (nocleg ok. 2000 m. n.p.m.). Towarzyszą nam jeszcze dwa inne namiociki innych biwakowiczów na dziko, dyskretnie pochowane w krzakach. Jest pięknie. Na kolacje każdy prześciga się w wyciąganiu żarcia z plecaków (będzie lżej), ustalamy kolejność mycia menażek po grze w marynarza (ciekawe ze pomimo 14 dni kolejka nie doszła do ostatniej osoby). We wtorek rano zwijamy się wcześnie, niepewni czy nas nikt nie pogoni za nocleg na dziko. Za radą Tkaczyka obieramy rundkę trzech ferrat: Vandelli, Minazio, Berti, z biwakami: Comici i Slataper po drodze. Jeszcze przegląd sprzętu; najbardziej zróżnicowane mamy kaski: profesjonalny, speleologiczny, budowlany z urżniętym daszkiem i rowerowy. Mamy też jedną profesjonalną lonżę (którą zakupił Adam po tym, jak Maciej odpisał, że w przypadku braku lonży ma odpowiednio przystosowane kawałki drutu), jedną z podejrzanie cienkiej linki, na razie bez karabinków, i kilka stalowych i sznurowych linek luzem. Marta ma, bogu dzięki, zapas karabinków i kupę niepotrzebnego sprzętu wciśniętego przez ojca speleologa (np. “małpę” do zjazdów na linie). Tylko Adam ma płytkę hamującą - tzw. “shock absorber”. Zachodzimy w głowę, o co chodzi z tą płytką hamującą? Zostawiamy bagaż w schronisku i podchodzimy wreszcie pod ścianę, obstawiając którędy idzie ferrata. Tkaczyk pisze, ze jest “trudna” (4 w klasyfikacji na 6). Jesteśmy wielce niepewni co do skali trudności, w niektórych internetowych sprawozdaniach twierdzono, że odpowiada to Orlej, a inni że Orla Perć to w kategorii Dolomitów droga prawie bez trudności. Ubieramy sprzęt (co zajmuje aż pół godziny) i startujemy. Okazało się, że jest całkiem spoko. Pełni zaufania we własne siły przechodzimy Vandelli, mijamy biwak Comici, zostawiwszy wpis dla znanej nam z mejli Ani, (Ania wybrała się w Dolomity z koleżanką, ale dzień później), i ferratą - “trawiattą” Minazio (de facto 1 - bez trudności), i półeczkami w kosodrzewinie drałujemy do noclegu w biwaku Slataper. Podobno nie ma tam wody, wiec spragnieni w ostrym słońcu, łapiemy wodę dosłownie skapującą ze ściany, czasem na żywca ją zlizując. Udaje nam się złapać z litr, ale dalej spotykamy mały ciurczek, który napełnia nam butelki i likwiduje konieczność topienia śniegu. Widać cel - metalową kapsułę na 9 miejsc, które mogą być zajęte, jeśli więcej luda wpadnie na pomyśl noclegu. No więc Marta modli się całą drogę, żeby nie było tam więcej ludzi niż 5 sztuk. Po 8 godzinach wędrówki przez kosówkę, a potem cudownie sielsko- zieloną dolinę i męczącym 600 metrów w górę po piargu dochodzimy do biwaku, postawionego na skalnych płytach na przełęczy (ok. 2600 m.n.p.m.). Bozia spełniła prośby Marty, jest trzech Włochów, tyle ze łóżek tez tylko trzy, bo pozostałe prycze są jakoś zdemolowane. Na szczęście jest dość miejsca na podłodze. Gotujemy “pulpę” czyli 250 g makaronu w zupie grochowej, niemiłosiernie przyklejonego do menażki. Wymyślamy też nową zabawę - co wynika z nieodpartego pragnienia. Polega na zakazie używania słów “piwo” i “wino” - żadnego z tych napitków niestety nie mamy ze sobą. Karą jest stawianie kolejki, i jakoś do rana wszyscy się łapiemy, wzajemnie podpuszczając (niektórzy nawet wpadli po 2 razy). Zabieramy Włochom koce i losujemy, kto śpi na jedynym materacu pod stołem (jakoś dziwnie nikt nie chce). W nocy jest piekielnie gorąco, Włosi wstają o 4.15 (cholera wie po co), a my, jakieś 3 godzinki później, widzimy na dzień dobry kozice - (przyjęliśmy dla nich słowacka nazwę “kamzik”) pozujące do zdjęć o jakieś 5 metrów od Adama. Jest pięknie! Na dzień dobry zejście ferratą Berti prowadzi w głąb kotła - oznaczona też jako trudna, ale okazuje się kapkę trudniejsza od wczorajszej. Ale co to dla nas! Szukamy po drodze nieoszlakowanego i nieoznaczonego na mapach, ale podobno zamarkowanego kopczykami wejścia na Punta Sorapiss (ok. 3200 m). Wiemy, że istnieje takowe zgodnie z relacja wspomnianej wyżej Ani, która ruszyła w Sorapiss dzień po nas, jak dowiedzieliśmy się z sms-ów. I wielkie nic, kopczyków zero, ściana szczytowa straszy pionem. Czując się rozgrzeszeni brakiem możliwości wejścia na szczyt, wracamy nad jeziorko, gdzie pod drodze wita nas wczorajsze noclegowisko zawalone tłumem plażujących ludzi. Ewa jeszcze zalicza w międzyczasie nieplanowany i słabo kontrolowany zjazd po 30 metrowej spłachetce śniegu, w wyniku nieco pospiesznej próby przekroczenia go w górnej części, zakończony na szczęście bez szwanku miękkim lądowaniem w głębokim piargu. Przepakowujemy bety i po krótkim plażowaniu nad jeziorkiem z żalem żegnamy dziki i pusty (w górnej części przynajmniej) Sorapiss. Adam w dół rusza pierwszy, nadając ostre tempo i dzięki tempu łapiemy z dwu minutowym zapasem Dolomiti Bus z powrotem do Cortiny, spóźniony zresztą o pół godzimy. To się nazywa szczęście, lub właściwa osoba na prowadzeniu!

 Tofany, czyli ferraty na śpiewająco. (Cortina d’Ampezzo - Passo Falzarego - Rif. Dibona - Ferrata Lipella - Tofana di Roses - Rif. Giussiani - Rif. Dibona - Ferrata Olivieri - Punta Anna - Rif. Giussiani - Cortina d’Ampezzo)

 Oj, to jeszcze nie koniec tego dnia! W Cortinie zero autobusów na Passo Falzarego, a pani w informacji uprzejmie informuje, że jedyna metoda dojazdu o tej porze jest taxi. Po krótkich targach korzystamy z jej rady (Marta całą drogę czaruje po włosku kierowcę, okazuje się, że niepotrzebnie - licznik i tak wskazuje mniej niż ustalona cena). Taksiarz proponuje dojazd pod samo schronisko, ale unosimy się honorem - każdy obciach ma swoje granice; po czym z ciężką reklamówką w rękach (panów), za pomocą której będziemy gasić pragnienie, drałujemy pod schronisko Dibona. Jest niemiłosiernie zatłoczone samochodami i opatrzone zakazem biwakowania, ale ponieważ ciemno się robi, lądujemy na pierwszym lepszym płaskim miejscu, ze szczerym zamiarem wczesnego wstania i zwinięcia namiotów z widoku ruszających w góry tłumów. Jak się rano okazało, rozbiliśmy się prawie na lądowisku helikoptera! Nie wiadomo już, czy tutaj, czy wcześniej panowie zaczęli opowiadać kawały o Stirlitzu. Kilka z nich zostało kultowych, wartych zaprezentowania np.: “Stirlitz, idąc lasem, dostrzegł w dziupli żółte, święcące oczy. Dzięcioł, pomyślał Stirlitz. Sam jesteś dzięcioł, pomyślał Bormann” (ten sam dowcip możliwy w wersji z sową). Z rana wyruszamy na prowadzącą na Tofanę di Rozes ferratę Lipella (uzasadniona 4 - trudno), bojowo nastawieni (widząc uprzednie zdjęcia z ferraty w Tkaczyku, nastawianie było uzasadnione). Po drodze doceniamy kaski na głowach, mając tylko dwie latarki na cztery głowy w tunelu z I wojny na początkowym fragmencie szlaku. Oczekiwanie w napotkanych korkach skracamy gromkim śpiewem pieśni z repertuaru polskich grup rockowych, a zwłaszcza Kultu, dobrze znanego Adamowi i Maciejowi. Nie wiemy tylko, dlaczego Włosi dziwnie się nam przyglądają. Nikt nas nie wyprzedza, stąd uzasadnione podejrzenie, że idziemy dość szybko, a końca ferraty nie widać. Było nie było, droga na szczyt (czyli 800 metrów w górę po samej ferracie, łącznie ponad 1200 metrów podejścia) zajmuje nam 6 godzin, zamiast proponowanych przez biblię 4. Mamy pierwsze podejrzenia - Tkaczyk kłamie! Po drodze zostaje sformalizowane i przećwiczone nasze zapytanie o wolna drogę, a później hasło wywoławcze i powitanie. Na zadane pytającym tonem “oj”, wolną drogę oznacza gromka odpowiedz “jo”. Nieziemsko spragnieni po ostatnim, ciągnącym się jak flaki z olejem piargu tuż przed szczytem, bez łyka wody, docieramy do celu - dla nas wszystkich pierwszego rekordu wysokości, wyprawy i życiowego (3224 m.n.p.m.). Przybijamy piątki, a jacyś Włosi wyciągają łapy - “Polacco”? Bravo, bravo!” Obiecujemy sobie po dużym piwie w schronisku Giussiani, bez względu na cenę, i ochoczo wydajemy po 8 tys. lirów. Po drodze mamy nowy kultowy kawał: “Stirlitz nie wiedział, co go zdradziło: czy czapka uszatka, czy buty walonki, czy tez może ciągnące się za nim linki od spadochronu”. Za nami też ciągną się sznurki od spadochronu, w postaci zwisających spod kurtek linek od lonż. I znowu rozbijamy się po ciemku, tym razem w dobrze zakamuflowanym miejscu, w lesie poniżej schroniska Dibona. Wieczorem dyskusja, czy stać nas na ferratę Olivieri na Punta Anna i wejście następną ferratą na Tofanę di Mezzo. Do tej pory stopniowaliśmy napięcie, wędrując po ferratach “trudnych”, z Lipellą wycenioną przez nas jako największe wyzwanie. Punta Anna to ferratka “bardzo trudna”, a na kolejnej po niej, prowadzącej na Tofanę di Mezzo podobno bledną wrażenia z Punta Anna. Stwierdzamy z Martą, że jak komuś będzie za ciężko, to zawsze może dać sygnał do powrotu, co Maciek skomentował, że w tej ekipie nikt tego nie powie. Patrząc z perspektywy całego wyjazdu, miał absolutną rację. Nazajutrz w poważnych humorach, bez śpiewu i z niejakim niepokojem patrząc w zasnuwające się niebo atakujemy ferratę, dziewczyny na czele. Jakoś idzie, wrażenia w zupełności usatysfakcjonowałyby zwariowane kozice górskie, choć zdarzają się kilkuminutowe deliberacje, od której u licha strony podejść tę skałę??? Tworzymy nową klasyfikację dróg: luzik (czyli wszystkie “czwórki” do tej pory), prawie luzik (czyli ledwie dajemy radę) i “kamzik” (czyli tylko dla kozic, a my sobie darujemy). Po męczącej, półtoragodzinnej wspinaczce (uzasadniona 5), przybijamy tradycyjne (już) piątki na szczycie i rezygnujemy z dalszego ataku na Tofanę di Mezzo - jest późno, a nad nią są już ciemne chmury, choć panowie rozważają jeszcze podejście przez piarg od schroniska Giussiani. Po drodze w dół płacimy frycowe - wyśmiewamy od pajaców Niemców zjeżdżających w dół po stromym piargu razem z połową góry, podczas gdy my grzecznie wędrujemy ścieżką. Cóż z tego, jak ścieżka kończy się na niczym w podciętych skałkach, co zmusza nas do pokornego wzięcia przykładu z Niemców. Wracamy w dół, zabieramy plecary i decydujemy się na nocleg na campingu w Cortinie. Do Cortiny wracamy stopem z wycieczką z Moraw. Chyba wyglądamy na zmarnowanych, bo ksiądz, stojący na czele wycieczki, częstuje nas jabłkami i chce nas koniecznie poratować lirami. W czasie podróży ratujemy się lekturą czeskiej prasy, w której najważniejszą informacją jest kontuzja stopy Martiny Hingis (”Hingisovo’u boli noha”). Na campingu nie dostajemy żadnych numerków na namiot, żadnego wyznaczonego miejsca, ani rachunku. Na dobrą sprawę mogliśmy wejść bezczelnie nic nie płacąc - obiecujemy sobie na przyszłość, że nie będziemy tacy głupi. I znowu rozbijamy się po ciemku.

Marmolada tylko dla nas. (Cortina d’Ampezzo - Malga Ciapella - Val. Ombretta - Rif. Falier - Biv. Marco del Bianco - Ferrata Marmolada - Punta Penia - Ferrata Marmolada - Biv. Marco del Bianco - Cime d’Ombretta - Ferrata Ombretta - Passo Ombrettola - Rif. Falier - Malga Ciapella)

Marmolada zaczęła się od historii pewnej podroży. Jedynym porannym połączeniem Cortiny z Malga Ciapella są 4 przesiadki, w kilkuminutowych odstępach, na dystansie ok. 150 km, zamiast 40 dzielących w prostej linii Passo Falzarego i ową dźwięcznie brzmiącą miejscowość. Ale kto zrozumie logikę włoskiej komunikacji autobusowej? Na dzień dobry z powodu korka przegapiamy pierwszą przesiadkę, mimo autobusu mającego rzekomo czekać. W związku z tym, nasza podróż przebiegała następująco: Cortina, Tai di Cadore (gdzie nastąpiła wysiadka, wypakowanie bagaży i wsiadka po przegapieniu autobusu), Calalzo (pociąg- wsiadka), Belluno (przesiadka na drugi autobus), Agordo (zmiana kierowcy autobusu), Cencenighe (zmiana autobusu na trzeci), Caprile (bez zmiany autobusu choć powinna była być według rozkładu), Malga Ciapella, i jesteśmy niecałą godzinę później niż planowo. Obiecujemy piwo dla tego, kto powtórzy z pamięci drogę. Wykończeni i z wilczymi apetytami plażujemy nad strumyczkiem (do otwarcia marketu po sjeście) i raczymy się melonem otrzymanym w podarku od rodzinki z drugiej strony brzegu (chyba są pełni podziwu dla rozmiarów naszych plecaków), po czym pożegnawszy uprzejmie słońce i powitawszy ulewny deszcz startujemy w 600 metrowe podejście doliną Ombretta, jedną z piękniejszych w Dolomitach. Po drodze mijamy symbioza zwierzęco - ludzką (agro-farma). Prawie spod nóg uciekają świstaki, grając na nerwach foto-łowcom (Marcie i Adamowi). Na koniec Marmolady było 2 do 1 dla świstaków. Dochodzimy do schroniska, na pytanie gospodarzy schroniska Falier o spanie, wykręcamy się niesprecyzowanymi zamiarami. Gospodyni nie daje się nabrać, i patrząc na nasze namioty, wskazuje w górę nad schroniskiem na potencjalny biwaczek. Tego wieczora odkrywamy, jak jest po włosku grzane wino (”caldo”), odkrywamy też, że oprócz zakupienia go w schronisku, dobrym źródłem będzie też karton ze sklepu, menażka, palnik i kartusz. Na następne 2 dni planujemy wejście ferratą na Marmoladę i nocleg na biwaku Marco del Bianco, po czym spacer przez Cime d’Ombretta i Sasso Vernale doliną Ombrettola z powrotem. Plany uległy modyfikacji po tym, jak spotkaliśmy z rana na 9 osobowym biwaku 19 włoskich skautów. Robią tyle hałasu wokół siebie co banda co najmniej 100 przedszkolaków. Zostawiamy śpiwory, kartusze i zupki w biwaku z zamiarem zabrania ich tego samego dnia w drodze powrotnej do schroniska, i podchodzimy pod ferratę. Przed nami ciąg drabin, a na głowy sypie się grad. Idziemy, mimo bogatej ekspozycji, bez trudności, choć wędrówkę mocno utrudnia mokra skała i zimno. Marmolada słynie z tłumów, szczególnie Polaków, ale po drodze jakoś pusto. Tak samo na szczycie, ani żywej duszy. Stoi opisana w biblii budka gastronomiczna (właściwie jest to zwykłe schronisko, o czym nie wspomina przewodnik), oczywiście zamknięta na 4 spusty i… pięknie wmurowany w otaczające skałki, w pełni profesjonalny, kibelek, tyle że niepokojąco zawieszony nad przepaścią. Kto się odważy? Szukamy zacisznego miejsca na zrobienie kanapek, i wtedy odkrywamy, że drzwi z boku budy są zamknięte jedynie na zasuwkę i stoją otworem do małego pomieszczenia z pryczami, materacami i kocami. Hurra, zostajemy na noc! Tyle ze jest 3 po południu, a przed nami 16 godzin do rana o kilku kanapkach na 4 głodne paszcze. Za to panowie wnieśli piwo, a Adam, ku zachowaniu kultury w każdej sytuacji, wyciąga podstawki pod piwo z kieszeni kurtki. W ciągu 16 godzin co najmniej 7 razy odwiedzamy odległy o 50 metrów wierzchołek Marmolady, Punta Penia. Jest na tyle zimno, że ubieramy się we wszystko co mamy, wyciągając czapki uszatki (patrz kawał o Stirlitzu, a Marta miała autentyczną uszatkę). Palimy nawet ognisko. Ale z ogniskiem to było tak: najpierw wpadł jakiś Włoch, jedyna żywa istota oprócz nas i ptaków na Marmoladzie tego popołudnia. Został obcesowo zagadnięty o kartusz (mieliśmy zupki do zalania wrzątkiem i palnik), a potem o garnek (”pentola”). Kartusza nie miał, ale pokazał nam drewutnię, pentolę obiecał i powiedział, że zaraz wróci z dwoma kolejnymi osobami. Odwrócił się na pięcie i zniknął. Ambitnie zabraliśmy się do palenia ognia. Nasze ognisko, osłonięte poprzewracanymi stołami, rozpalone gazetą (”Express Bydgoski”) ofiarnie suszoną własnym ciałem na brzuchu przez Adama i drzazgami rąbanymi przez Martę, no i ostatnią zamokniętą zapałką, (posłużyła do rozpalenia 2 świeczek na zapas; druga trzymana była w budynku, a pierwsza niesiona niczym ogień olimpijski do stosiku drewna), było powodem do prawdziwej dumy. Tyle że daremnej, skoro i Włocha i co gorsza pentoli ani śladu. Dobrze, że nie spotkaliśmy go następnego dnia, bo pewnie by oberwał. Potem była jeszcze lektura resztek zasłużonego Expressu, płacząc od dymu przy ogniu, komisyjna kolacja i karty dla zabicia głodu. Następnego dnia wprawdzie przespaliśmy wschód słońca, ale cudny słoneczny poranek wita nas nad chmurami. Czujemy się prawie jak na dachu świata, a przynajmniej Dolomitów. Bez śniadania, wcześnie rano, schodzimy w dół. Mamy tylko nadzieje że nie natkniemy się na nikogo, kto by nam radośnie opowiedział że znalazł po drodze bezpańską reklamówkę z kupą żarcia. Spotykamy za to naszych u wejścia na ferratę, już wiemy, że jeśli jacyś ludzie są na ferratach bez sprzętu (uprzęży), to znaczy że na pewno rodacy. Wreszcie jest żarcie, śniadanie i wino dla wzmocnienia nadwątlonego morale! Za to popsuła się pogoda, i na pobliskie Cime d’Ombretta (3008 m.) wchodzimy już w deszczu. Próbujemy przegraniować na Sasso Vernale, zamiast obchodzić naokoło polodowcową dolinką, ale drogi ani śladu (kategoria “kamzik”). Dopiero na dole odkrywamy błąd - na mapach Tobacco czerwone krzyżyki oznaczają ferraty, ale czarne granice regionów (”droga” na Sasso była w czarnych krzyżykach). Po drodze schodzimy króciutką ale ciekawą i stromą ferratką (4) w potokach spływającej wody (nawiasem mówiąc, tu Marta otrzymała wielce pomocną radę od Adama, pytając go, jako pierwszego na ferracie, jak udało mu się to przejść. Odpowiedź: “trzeba było patrzeć” zaliczyliśmy do wyprawowej klasyki). Podchodzimy pod przełęcz Ombrettola, deszcz uparcie pada, i melinujemy się na odpoczynek w jaskini, co okazało się nieszczególnie udanym pomysłem. Jaskinia była otwarta na przestrzał i przypominała pod względem wiatru ciąg kominowy, do tego stopnia, że panowie zarzucili myśli o podejściu na Sasso Vernale od przełęczy Ombrettola. Za to na rozgrzewkę, po przyśpieszonym zejściu w dół, nie żałujemy sobie 3 razy repetto “vino caldo” w schronisku Falier. Wieczorem nauczeni doświadczeniem z Cortiny, nocujemy bezpłatnie 5 metrów od campingu w Malga Ciapella, korzystając w pełni z jego infrastruktury.

Sella i Piz Boe czyli pic na wodę. (Malga Ciapella - Passo Pordoi - Rif. Kostner - Piz da Lech - Rif. Kostner - Piz Boe - Rif. Kostner - Arraba)

Nazajutrz, już bez traumatycznych przygód komunikacyjnych, szczęśliwie łapiąc autobus w Canazei docieramy w Sellę. Cel - passo Pordoi (ok. 2250 m.n.p.m.). Jedyny problem - nie zdążyliśmy zrobić pełnych zakupów w Canazei. Łudzimy się, że na przełęczy znajdziemy sklep z żarciem. Na miejscu okazuje się jednak, że były to marzenia niepoprawnego optymisty. Kiedy komunikujemy tę mało radosną wieść chłopakom, wybuchają gromkim śmiechem, co wzbudza naszą sporą konsternację. Co zabawnego jest w fakcie, ze właśnie zjedliśmy ostatnią bułkę? Jest jeszcze jedna rzecz która nam się uwidziała - mianowicie mostek w Selli. Głównym motywem wyjazdu w tę grupę, pominąwszy fantastyczny widok na pionowe flanki i kamienno-pustynny płaskowyż Selli z Marmolady, było zdjęcie wiszącego mostku pomiędzy dwoma ścianami, widziane gdzieś na kartce przez Martę. Po zasięgnięciu języka okazuje się że mostek owszem jest, ale w grupie Monte Cristallo - cóż, będzie następnym razem. Przecież musi coś zostać, żeby wrócić w Dolomity. Wyruszamy w trasę, tym razem pod schronisko Kostner (Kevin? Isolde?). W planie na ten dzień jest jeszcze Piz Boe, najwyższy szczyt, ale Tkaczyk znowu haniebnie wyprowadził nas w pole - wędrujemy prawie trzy godziny, zamiast dwóch. Po drodze mamy okazję obfotografować ze wszystkich możliwych ujęć Marmoladę, i popatrzeć na wejście w wyjątkowo trudną ferratę Caesare Piazzeta. Daje to źródło krótkim (i zakończonym negatywnym wynikiem) rozważaniom, czy się podejmujemy wyzwania. Tym razem odpuszczamy, przecież trzeba po coś wrócić (kolejny powód). Przy dojściu do schroniska temperatura niepokojąco spada, sypie gradem, więc melinjumy się w środku, z zamysłem wcięcia obiadu. Pokrzepieni zupą gulaszową - jedyną dostępną potrawą, bo nie wiedzieć czemu o 16 po południu (już ?!) nie gotują, decydujemy się na “spacerek” na Piz de Lech (2900 m.n.p.m.), wariant wejścia sympatyczna ferratką. Droga trudna (4), ale nie jesteśmy już nieopierzonymi żółtodziobami, zatem nie mamy problemów i znacznie skracamy przewidziany w przewodniku czas. Ponieważ tym razem mamy późny start (godzina 17), szczyt jest znowu do wyłącznej dyspozycji. Maciek zamiast wpisu zostawia w książce na szczycie kolejny kawał o Stirlitzu (Stirlitz wypoczywał w swoim tajnym berlińskim mieszkaniu. Nagle, z parapetu, spadł wazon, rozbijając się o głowę leżącego na łóżku Stirlitza. To tajny sygnał. Znak, że jego żona właśnie powiła mu syna. Stirlitz ukradkiem otarł ojcowskie łzy. Zatęsknił. Od siedmiu lat nie był w domu). Na zejściu znowu mamy grad, temperatura spada do 11 stopni, a wieczorne niebo ponuro i groźnie pokryte jest czarnymi chmurami. Pod schroniskiem czekają na nas plecaki, i decyzja, co z noclegiem. Jesteśmy twardzi - nie straszne nam 8 (już) stopni na termometrze, chociaż kusi ciepłe wnętrze schroniska i widok gości zasuwających kolację. My też gotujemy - bezczelnie na ławeczce koło schroniska, pomimo powszechnego we Włoszech zwyczaju płacenia za konsumpcję własnych kanapek koło schronisk. Całkiem słusznie zakładamy, że żaden normalny Włoch nie wyjdzie w taką pogodę na zewnątrz. Po kolacji ruszamy na upatrzone wcześniej miejsce - płaską, trawiastą nieckę, jedyne miejsce, gdzie da się postawić na namioty na kamiennej pustyni Selli na 2500 n.p.m. Tu właśnie podsumowujemy nasze noclegi - plany były na trochę campingów, trochę schronisk, a trochę na dziko, a tu okazało się że tych pierwszych jak na lekarstwo i tych ostatnich w ogóle. Nocleg we wszystkich schroniskach kosztuje ok. 60 PLN, a na Marmoladzie 120 PLN - to wciąż za dużo dla naszych, polskich kieszeni. Nieźle! W nocy i rano licytujemy się, kto w czym się kładł spać, a kto w co się ubierał w nocy, ale nie było tragicznie, bo woda w butelkach nie pozamarzała. Za to rano wita nas słońce - ekipa nie chce uwierzyć w poranną relacje w temacie pogody. Wstajemy późno, stąd też stajemy się lokalną atrakcją dla turystów, dziarsko wędrujących od pobliskiego wyciągu zaraz koło naszego biwaczku, będącego w stanie totalnego bałaganu. Niektórzy nawet robią nam zdjęcia, niczym misiom w zoo lub ostatnim mohikanom gór (Włosi są zbyt wygodni), rozważamy więc pobór opłat. W planie na dzień jest Piz Boe. Zgodnie z biblią, która przewiduje trudności 3 i 4 stopnia zabieramy osprzęt, ale zostajemy ponownie zrobieni w konia. Wędrujemy, po raz pierwszy zresztą, w dzikim tłumie turystów, nie przypiąwszy się ani razu do lin, a spod kurtek dziarsko dyndają nam sznurki od spadochronów (w rzeczywistości słaba 2 - nieco trudno). Za to wyglądamy niezwykle profesjonalnie, w reszta na pewno myśli, że weszliśmy na górę przez Cesare Piazzetta. Na szczycie niemiłosierny tłok, schronisko, lotniarz i brakuje jeszcze przenośnego cyrku - bojkotujemy te górę i postanawiamy nie przybijać tradycyjnych “piątek” i nie robić zdjęć. Naprawdę ekspresowo, snując plany na przyszłe wakacje, schodzimy w dół, radośnie zjeżdżając po piargu - cała wycieczka zabrała nam 2 razy mniej czasu niż było przewidziane, więc tracimy resztki wiary w przewodnik. Gwoli sprawiedliwości trzeba jednak dodać, że - mimo opisanych niedostatków - przewodnik Tkaczyka jest niezwykle pomocny (by nie powiedzieć niezbędny) i pozwala dobrze zaplanować wyprawę. Gdzieś właśnie w tej grupie górskiej, po kolejnym sms-ie od Ani, z którego wynikało, że znowu się minęliśmy o włos, poddajemy w wątpliwość jej istnienie. Podejrzewamy Maćka o szeroko zakrojone oszustwo, chociaż ten przekonuje, że spotkamy wirtualną Anię w autobusie do Polski. Wreszcie “góry porzucić trzeba” i schodzimy w dół do Arraby. Jeszcze zakupy, dobrze dopilnowane prze panów w kwestii wina i piwa, bo przed nami długa zielona noc, i rozbijamy się w lasku pod wioską, wyglądającym na ścieżkę spacerową dla mieszkańców. Wieczorem podsumowujemy wyjazd - zresztą niewiele trzeba mówić, wszyscy wiemy, że naprawdę się nam udało na 5 z plusem!

Powrót, czyli wreszcie wiemy jak wejść na Punta Sorapiss. (Arraba - Wenecja - Lido - Wenecja - Kraków/Katowice/Bygoszcz)

Dojeżdżamy do Wenecji, no i niestety pierwsza część pożegnania - Marta i Maciek wsiadają do autobusu, objuczeni niemiłosiernie dobrze nam znanym (i lubianym) vino da tavola. Reszta ekipy podejmuje decyzję o noclegu na plaży na Lido - do dyspozycji pełny luksus - ciepłe morze, dużo miejsca, prysznice i masa komarów. No i mamy nowy rekord wysokości (a raczej jej braku). Nazajutrz wyruszamy na podbój Wenecji. Po całodniowym błądzeniu wydajemy ostatnie liry (na wino oczywiście) i z napięciem wyglądamy autobusu oraz dwu objuczonych plecakami kobiet, czyli Ani i koleżanki. Jest, jest, naprawdę istnieje! Wymieniamy wrażenia na gorąco, a tu pilotka dopiero co przybyłego autobusu usiłuje umieścić dziewczyny w innym autokarze. Mowy nie ma - przekonujemy obie dziewczyny do zmiany planów, czyli przyjazdu do Krakowa zamiast bezpośrednio do domu, tzn. Andrychowa i Bielska. Okazuje się, że mijaliśmy się na prawie tych samych trasach o zaledwie jeden dzień drogi. Wreszcie, po nocy w połowie przegadanej, dojeżdżamy do Krakowa, mówimy definitywne do widzenia, obiecujemy sobie spotkania i zdjęcia, a głowy mamy już pełne przyszłorocznych planów. Może następnym razem nie trzeba będzie szukać ekipy w sieci?

Skomentuj




Your comment

W treści można wstawiać te tagi: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <code> <em> <i> <strike> <strong>

Ważne: Komentarze na naszej stronie są moderowane, co może powodować opóźnienie w ich pojawieniu się tutaj. Prosimy w związku z tym, abyście nie dodawali tego samego komentarza kilka razy.

Posted by Naat, filed under Uncategorized. Date: November 13, 2007, 10:13 pm |