TAURY 2002, CZYLI SPONTANICZNA WYPRAWA W GÓRY
Pomysł zrodził się spontanicznie a wiadomo, że tak jest najlepiej. Zbliżał się długi weekend z okazji któregoś tam ze świąt, więc wypadało coś zrobić z wolnym czasem. Poszło kilka smsów, z których jeden brzmiał: “a może tak byśmy naparły na coś co nazywa się Taury”, obustronna akceptacja była natychmiastowa. Uczestników dwóch: brat Michał i brat Adam (rodzeni bracia, nie z zakonu). Dokonaliśmy jeszcze ze dwa telefony, zaopatrzyliśmy się w raki, czekany i inne sprzęty, pożyczyłem linę, której i tak nie wiedzieliśmy jak użyć w razie czego i która w końcu nie została użyta.
Sobota 25 maj 2002
Wcześniej Michał dojechał z Olsztyna, a z rana w sobotę pakujemy graty i skrzynkę prowiantu w auto i Seatem Cordoba startujemy z Bydgoszczy. Naprzemian prowadząc bądź pilotując wóz popędzimy ku niemieckiej granicy, a dalej autostradami wprost na południe do Austrii. Granice bierzemy powyżej Kufstein. Późnym wieczorem docieramy na Camping w Bad Horing koło Kirchbichl, który to oczywiście o tej porze roku jest pusty. Pani zdziwiła się trochę, że chcemy rozbić namiot i chyba trochę żałuje nas (może z powodu mocnego deszczu???) i proponuje w cenie rozbicia namiotu, nocleg w pomieszczeniach sauny. Oczywiście korzystamy i z noclegu i z sauny. Camping godny polecenia, z możliwością wynajęcia apartamentów, basenem, kortami tenisowymi i jak to w Austrii z terenami narciarskimi w pobliżu.
Niedziela 26 maj 2002
Rano kierujemy się na Kitzbichel i Mitersill. Mijając malownicze austriackie miejscowości, coraz bardziej przybliżamy się do celu wyprawy, Taury już tuż , tuż… Przejeżdżamy przez prowadzący na południe Felber Tauern Tunnel o ponad pięciokilometrowej długości. Tuż za nim zjeżdżamy do miejscowości Tauer i zatrzymujemy na parkingu przy Matereirer Tauern House (1511 n.p.m.). Co prawda wyspani ale nieco zmęczeni podróżą dnia poprzedniego decydujemy się na pierwsze przetarcie, rozpoznanie własnych możliwości, kondycji. Wdziewamy na siebie to co uważamy za stosowne i za cel obieramy St Poltner Hutte (2481). Z mapy wycieczka wydaje się taka akurat na bieżący dzień. Przechodzimy miejscowość Tauer , która to okazuje się być złożoną z zaledwie kilku zabudowań i wśród łąk przemierzamy dolinę droga prowadząca w kierunku Innergschoss, by potem odbić w prawo i teraz już dość ostro kosić przez las. Przy Zinnerkreuz, na wysokości około 2000 m pierwsze poważne ilości śniegu. Robimy sobie małą przerwę przy drewnianym mostku, któremu to o dziwo brakuje desek, ostały się tylko konstrukcje i poręcze??? Dochodzimy do wniosku, że Austriacy to nie taki głupi naród i deski na zimę zdjęli co by się pod obciążeniem śniegu nie załamały. Jest dość łagodnie więc mimo sporych ilości mokrego śniegu idziemy wzdłuż wielkich słupów energetycznych, które niezbyt dodają uroku okolicy. Po jakimś czasie ginął nam z oczu zupełnie czerwone znaki kierujące nas do celu, pokonujemy jeszcze potok, podchodzimy wyżej, niby jesteśmy już blisko i wiadomo, w którą stronę się kierować, ale ze wzglądu na słabą widoczność nie widzimy celowości kontynuacji przedsięwzięcia i robimy odwrót tą sama trasą. W Tauer chowamy się pod wiata informacyjną przy parkingu gdzie gotujemy strawę. Zwijamy się i jedziemy do Materei in Ostirol, położona w szerokiej dolinie ładna alpejska miejscowość. Odnajdujemy Camping. Gość w recepcji chce nam wcisnąć żetony na ciepłą wodę w prysznicu po 1 Euro, ale widząc nasze długie wahania i robienie niby głupich min, że woda za kasę, daje nam żetony w prezencie. Rozbijamy namiot na równej zielonej trawce, prócz nas ze trzy Caravany emerytowanych Holendrów, Niemców. Wędrujemy do przycampingowej knajpki bo nam się należy i zamawiamy po regionalnym piwie, którego nazwy nie wspomnę.. ale jest świeże i dobre. Robimy sobie plany z mapą na kolejne dni, na kolejny wypada schronisko Badener Hutte. Dosiada się jakiś miejscowy gość, chyba dlatego, że przy barze już nie za bardzo mógł ustać, no i pewnie przyjaźnie wyglądamy. Pogawędka też za bardzo mu się nie klei, coś wspomina, że tam gdzie chcemy iść to daleko i ciężko, ale nie przekonał nas.
Poniedziałek 27 maj 2002
Z rana (ale bez szaleństwa) ruszamy. Auto zostawiamy w Gruben (1150), w sumie nie bardzo jest gdzie zostawić bo to tylko kilka zabudowań i wąska droga, ale miejscowi wskazują nam gdzie możemy zaparkować bez krępacji. Idziemy dość mocno w górę droga bitą, którą pewnie mało co ma szanse podjechać. Cały czas bliżej lub dalej ale wzdłuż potoku Frosnitzbach, do którego co jakiś czas suną się wodospady. W duże osłupienie wprawiają nas pasące się na niemałych stromiznach krowy (te same które pracują na czekoladę Milka). Cały czas niewyraźnie siąpi. Po drodze mijamy jakby wymarłą osadę Zedlacher Alm (1824). Niezbyt nas to dziwi jednak biorąc pod uwagę dostępność terenu dla transportu. Z pewnością przez większą część roku panuje tu głucha cisza. Przy Steisteg (2072), gdzie przez mostek pokonujemy potok , kończy nam się zasięg mapy, ale jako starzy harcerze nie zamierzamy rezygnować z tego powodu, choć widoczność nam się zaczyna zawężać ze względu na mgłę i opad deszczu a potem śniegu. Ponieważ białego jest coraz więcej a nachylenie spore się gdzieniegdzie zdarza, to mamy okazję po raz pierwszy przećwiczyć chodzenie w rakach. W końcu wyłania nam się schronisko, ale tylko na chwilę i dzięki temu udaje nam się do niego trafić, zapamiętujemy sobie ukształtowanie terenu i brnąc w śniegu po grani i dalej łukiem okrążając kocioł dzielący nas od Badener Hutte. Jak można się było spodziewać gra tam echo, ale od czego jest obok małe schronisko na czas zimowy…, drzwi pokonujemy z pomocą kawałka pręta, grzejemy się, pijemy herbatę z termosu, wertujemy książkę gości, z której widać że odwiedzających w tym roku nie było wielu. Czas nagli więc po krótkim posiedzeniu i ogrzaniu zarazem, ruszamy w odwrót tą samą trasą. Nie zanosi się abyśmy zachowali na sobie coś suchego. Tego wieczoru na campingu odkrywam stół bilardowy na powietrzu acz pod daszkiem i temu zajęciu plus piwko, tym razem z marketu, oddajemy się.
Wtorek 28 maj 2002
Czas na dzień luźniejszy, na suszenie sprzętu i przeczekanie niepewnej pogody. Ale nie żeby zaraz siedzieć z tyłkiem i nic nie robić! Robimy sympatyczną wycieczkę w bezpośrednim sąsiedztwie Matrei, ze startem w Glanz i małą pętelką ze skałą Falkenstein (1711). Mamy ze sobą uprzęże i lonże gdyż jest na mapie fragment zaznaczony jako via ferrata, okazuje się ona jednak kawałem potężnej ściany do wspinaczki, z całym mnóstwem wbitych haków i bogactwem wariantów przejść. Słowem raj dla skałkarzy- wspinaczy,a my możemy sobie popatrzeć….
Środa 29 maj 2002
Z rana zwijamy się i podążamy autem do Kals. Za miejscowością, przy wejściu w dolinę Teischnitzbach zostawiamy auto na leśnym parkingu. Pakujemy niezbędne rzeczy, które maja nam się przydać na dwa dni i spokojnie ruszamy w górę doliny, początkowo lasem, zakosami wzdłuż szutrowej drogi, potem już ścieżką, gęstszymi zakosami i wśród kosówki. Kiedy jesteśmy już wysoko nad dnem doliny, w dali wylania nam się Wielki Dzwonnik. Stąd Grossglockner wydaje się jeszcze bardzo odległy a rozpościerające się pod nim lodowce robią niesamowite wrażenie. Szczerze mówiąc nie bardzo wyobrażamy sobie którędy może prowadzić szlak i jak pokonamy przeszkody terenowe…?? Idziemy mimo to naprzód i co rusz trawersujemy kolejne coraz częstsze i większe płaty śniegu. Raki i czekany dają w tym miejscu oparcie i pewność przy pokonywaniu rozmokłego śniegu na śliskim podłożu, nachylenie jest spore a więc warto zachować “pozor”. Zbliża się południe, a w słońcu jest całkiem gorąco, coraz częściej ze skał powyżej nas leci śnieg. Są to raczej małe lawinki, ale są.. Lodowce stają się coraz bardziej wyraziste i bliższe i ni stąd ni zowąd nadciągają chmury, robi się chłodniej, zachodzi mgła, widoczność maleje. Robi się późna pora, ale czujemy w moczu, że już blisko do schroniska Studlhutte. Bardziej na nosa niż po jakichkolwiek oznakach, że jesteśmy jeszcze na szlaku brniemy w górę po śniegu, szczęściem już trochę zmrożonym dzięki czemu się nie zapadamy. Ukształtowanie terenu nam się zgadza z mapą, więc jest dobrze. Mamy już trochę dość i właśnie wtedy w najbardziej odpowiednim momencie wylania nam się schronisko (2802). Wygląda trochę nieszczególnie jak na schronisko górskie i sprawia wrażenie pustego. Odnajdujemy gościa, który gotuje zupę (nie wiadomo dla kogo i czemu gotował ja cały wieczór), sprawia wrażenie lekkiego przygłupa i nie za bardzo można się z nim dogadać. Jakoś wyduszamy z niego, że chce po 15 Euro od łba, ale możemy iść do “chatki zimowej” za 5 Euro, co oczywiście czynimy. Warunki rewelacyjne, w przedsionku drewno i siekiera, na dole wychodek i kuchnia, na poddaszu sala do spania. Zostajemy na dole w kuchni bo tam jest piec a robi się całkiem chłodno. Zaledwie w parę godzin z warunków letnich robi się ciężki mróz, śnieg skrzypi pod butami, chodzimy w koło schroniska i szukamy zasięgu na komórki…znajdujemy, co nie zawsze się udaje w górzystym terenie.. Piec wykorzystujemy maksymalnie, gotujemy żarcie, suszymy buty, kurtki, grzejemy się. Wypijamy po Kujawiaku i na pamiątkę nabijam puszkę na gwóźdź pod powałą. Jesteśmy jedynymi gośćmi, to i bez krępacji rozkładamy sobie spanko na stołach w ciepłej kuchni.
Czwartek 30 maj 2002
Gdy budzimy się jest już piękny dzień, jakoś podświadomie nie czujemy się pewnie by iść na Grossglocknera, w książkę wyjść wpisujemy jako cel Luizenkopf (3207). I zamiast na Luizenkopf iść wzdłuż grani, kierujemy się na lodowiec Kodnitzkees, którędy prowadzi wejście na Grossglcknera przez Erzerzog Johan Hutte. Z lodowca wielki Dzwonnik nie wygląda już tak odległy i nie jest tak żeby człowiek na niego nie mógł wejść…teraz żałujemy, że nie obudziliśmy się przed wschodem słońca, można było być na podejściu póki śnieg był zmrożony, a tak tylko z zazdrością patrzymy na tych co są już 300 metrów wyżej i jeszcze dziś będą spoglądać z dachu Taur. Żądni lepszych widoków kierujemy się na grań po naszej prawej i wychodzimy na skałki gdzieś powyżej Luizenkopf. Z góry widać jak na dłoni potężne szczeliny, które to minęliśmy zaledwie o kilka metrów, brrr… chyba zacznę zaznajamiać się ze sztuką asekuracji i liną :). Kusi nas by wejść jeszcze choć drobinę wyżej lecz wycofujemy się prędko bo śnieg zdecydowanie mięknie i dokonują się pierwsze drobne obsuwy. Po własnych śladach idziemy trzaskając po drodze foty widokowe, warunki ku temu są idealne. W naszym schronisku jemy, urozmaicając sobie jadłospis tym co zastaliśmy, np. czeskie chińskie zupki, cukierki, a pozostawiamy swój nadmiar prowiantu- bardzo to miły zwyczaj zresztą, że turyści tak dbają o następnych turystów. Żegnamy się z chatką i schodzimy do Kals. Mija nas kilku amatorów narciarstwa, trochę im zazdroszczę pięknego zjazdu… Podążamy w dolinę Kodnitzbach, tu po raz pierwszy spotykamy się z większą ilością turystów samochodowo- autokarowych. Poza strategicznymi miejscami typu okolice Grossglocknera, Taury są praktycznie puste, a schroniska w zdecydowanej większości zamknięte o tej porze roku, więc jeśli ktoś ceni ciszę i spokój to tylko w maju!!! Można wprawdzie nadziać się na spore ilości śniegu, ale i to może mieć swój urok Dalej wzdłuż asfaltu i następnie omijając Kals i Burg ścieżką ponad nimi docieramy do miejsca wyjścia z dnia poprzedniego. Jedziemy w poszukiwaniu Campingu, z możliwością wyjścia w teren w pobliżu. Mijamy kilka po drodze ale jakoś nie przekonują nas do siebie, poza tym widać wzmagający się ruch przed weekendem. Ostatecznie lokujemy się na Campingu w Grosskirchhen u brzegu rzeki Moll.
Piątek 31 maj 2002
Robimy pętelkę z wejściem na Gartlkopf (2458), ostatnia wycieczkę tak na rozluźnienie, a daje nam całkiem niezłe przewyższenie, żeby nie było za lekko. Fajna to wędrówka - las, polanki, strumyki, tak bardziej tatrzańsko. Że pora wracać do kraju mówi mi gardło nieźle gdzieś przewiane albo potraktowane zimną woda, nawet piwa nie jestem w stanie przełykać- tragedia.
Sobota 01 czerwiec 2002
Pakujemy manele i testujemy autko na wysokogórskiej trasie Hohenalpen Strasse. Zatrzymujemy się na wielkim parkingu, celu niezliczonych wycieczek, skąd podziwiać możemy lodowiec Pasterze i Grossglocknera od wschodu. Niby pięknie a jednak coś tu zostało zepsute przez człowieka, żeby nie wyrazić się dosadniej. Jest tak “amerykańsko”, ale dla miłośnika gór ciekawiej by było bez parkingu molocha, a nóg by tu przyjść by nie pożałował. Siadamy wygodnie w autko i zostawiamy w tyle “nasze” przez tydzień Taury…