CZARNOGÓRA 19.08-03.09.2006
Dni dojazdu
No i poszło wg wyuczonego w starych dobrych czasach hasła “Pomyśl, zaplanuj, wykonaj”. Pomysł przypadkowo zainspirowany jakimś zagubionym artykułem z gazety i wiedzą o tym małym kraju gdzieś na Bałkanach. Wyszukiwanie informacji poszło łatwiej niż by się można spodziewać- podstawa b. dobry przewodnik Bezdrozy “Fiord na Adriatyku”. Później wyszukiwania w necie, różne fora i jak się okazuje Montenegro wcale takie egzotyczne nie jest, wybierają się całkiem spore ekipy i sporo ich tam już było. Początkowo nastawieni na Durmitor i coś tam jeszcze zaczynamy mieć wątpliwości “co zrobić” a czego i tak nie zdążymy? Prokletije? Sinjajewina? Komovi? Bjelasica? Durmitor? Tara? kuszą jeszcze pobliska Albania, Bośnia i Hercegowina, ale jak? W dwa tygodnie? to se na da! Jedziemy! Tylko we dwójkę. Inni potencjalni wybrali inne kierunki świata. Przed nami trasa Bydgoszcz - Czarnogóra; w pociągach i z przesiadkami w Wawie, Wiedniu i Belgradzie łącznie trzydzieści parę godzin. Tak podzielona podróż na etapy daje się nawet nieźle znieść. Jak się później okaże na powrocie urozmaicenie będzie większe. Mijają krajobrazy, granice, Nizina węgierska, trzydzieści stopni ciepła o północy w Belgradzie :/, słynna trasa Belgrad-Bar, pierwsze pagóry i czatowanie na wysiadkę w Mojkovacu.
Dzień 1
Wysiadamy, niedługo świt. Pustka, jest stacja a jakby jej nie było, jest za to przewoźnik, łowca klientów, proponuje przewózkę do Żabljaka, nie dogadujemy się. Zapewnia, że się jeszcze spotkamy w Mojkovacu bo i tak nie znajdziemy innego transportu- ma rację. Ale nie żałujemy, dreptamy do miasteczka celem rozprostowania kości, nabywamy drożdżówy na śniadanie, na zakup map nie ma szans, spisujemy sobie rozkład autobusów, które być może później się przydadzą, wypijamy coś w barze autobusowym i podjeżdża nasz kierowca. Ma już klientów, czwórka naszych i para Bułgarów, wsiadamy.. Po drodze kierowca funduje wszystkim obowiązkowa z rana tutaj “cafe”, dwa razy zatrzymuje się na podziwianie widoków- przełom Tary, most na Tarze, koło południa docieramy do Żabljaka. Gorąco upał, przy okazji upychania plecaków w aucie, nie wytrzymała klamra pasa biodrowego:/ Pierwszy zgryz, próbuje kleić, nic z tego.., kurde jak tu zapylać przez dwa tygodnie bez tego? Fajnie nie jest ale wieczorem znajdę na to patent. Żabljak to ma być takie Czarnogórskie Zakopane, ale akurat czasy świetności ma za albo przed sobą. Ale to co nam potrzebne znajdujemy, klimatyczna knajpa, pole namiotowe z widokiem na Durmitor. Przekonujemy się, że w Montenegro jeśli jest napisane 200 metrów to trzeba iść z 500, jeśli napisane Camping to należy oczekiwać pola namiotowego. Lokujemy się na owym polu i robimy sobie lajtowe popołudnie, rozbiegówka na lekko wkoło jeziora Czarnego, z kąpielą w międzyczasie w lodowatej wodzie robi nam dobrze. Na polu coś zbyt często słychać polską i czeską mowę, chyba jest nas tu dużo. Zachód słońca nad postrzępionymi graniami zachęca..
Dzień 2
Żegnamy się z Żabljakiem na tydzień. Przyzwyczajamy się do map wydrukowanych w necie i zgodnie z kompasem podążamy wcześniej ustalonym traktem wzdłuż jeziora Czarnego i w górę lasem na Mjoc Polanę. Nawet udaje nam się nie zamotać zbytnio. Dochodzimy do stóp jedynego wyciągu krzesełkowego, zimą bywa tu ponoć po dwa, trzy metry śniegu a zjazdy narciarskie są pierwszej klasy, tak twierdzą tubylcy ale dla nich wszystko tu jest najlepsze. Powoli wzdłuż kolejki pniemy się do góry, po drodze wyśmienite maliny. Dochodzimy na pierwsze szczytowanie czyli Savin Kuk (2313 npm). Widoki pierwsza klasa, spotykamy ekipę z Polski, opowiadają o Maglicu w BiH. My zastanawiamy się jak dojść do dzisiejszego celu, widzimy go ale którędy tam? Wydruki mapowe takich szczegółów nie mówią. Na czuja wyszukuję możliwości zejścia.. jest żleb który wygląda że może być od biedy i prowadzi w kierunku doliny Kalica. Zabieramy plecaki i zabierają się z nami Francuzi, którzy mają podobny problem. Już po kilkudziesięciu metrach zaczynamy się zastanawiać , puszczamy Żabojadów przodem bo są na lekko, schodzą bardzo wolno, dają znać że łatwiej nie będzie. Wycofujemy się, zjazd z garbem z iluśset metrów rynną nie byłby tym czego oczekujemy. Zwątpieni w odwrocie kombinujemy inne warianty, opracowana trasa na kilka dni wzięła w łeb. Na przełęczy (2112) pod Savin Kuk ku zaskoczeniu znajdujemy czerwone kropy szlaku, zerkamy- niemal pionowo w dół ale jest stalowa lina a la via ferrata, czyli z grubej rury. Schodzimy używając wszystkich kończyn, ze 200 m za nami, pocieszamy się że już nie dużo tego hardcoru choć widzę że liny zaraz zabraknie i jeszcze jakieś 50 m będzie sobie trza radzić bez niej. Dajemy radę. Teraz trawersujemy po piargach, czasem coś wyjeżdża spod buta. Alp Bivak coraz wyraźniejszy i coraz bliżej. Pozostaje jeszcze zagadka jeziora, które na jednej mapie jest na drugie nie.. Nasze wąty zostają szybko rozwiane, przyjdzie topić śnieg- stary, brudny i zbity- takie uroki. Nagrodą za dzień pełen wrażeń jest Alp Bivak- przytulny i pusty. Z księgi pamiątkowej wynika, że nie jest licznie odwiedzany, choć jedyny w najpopularniejszych górach Czarnogóry. W nagrodę rozpijamy Krstaca- warto jest nosić ze sobą wino
Dzień 3
Zgonie ze szlakiem idziemy na przełęcz V. Previja i dalej na Terzin Bogaz, pokonujemy całkiem spory kawał jego grani i Durmitor znów nas zaskakuje.. na szlakowanej drodze konkretna lufa na dwie strony, grań wąska jak żyletka- zero ubezpieczeń.. a w dalszej części ma nas czekać zejście nieszlakowane. Porozumiewawcze spojrzenie i dziękujemy, już nam wystarczy na dziś. Dobrze, że Durmitor jest w Czarnogórze- w Polsce przy naszych ilościach ludu w górach i ułańskiej fantazji rodaków to pewne że trup słałby się gęsto. Schodzimy do Plan Skaliste. Podobno to dobra baza wypadowa- fakt jest parę namiotów, szałasy pasterskie i to tyle.. schodzimy w przeciwnym kierunku niż założony w poszukiwaniu dóbr w postaci piwa, wina itp. Na mapie jest schronisko ale tylko na mapie- straciliśmy godzinę. Kręci się tu dużo braci Czechów- w ogóle wygląda na to że opanowaliśmy te tereny wespół ze Słowakami i Czechami. Ucinamy sobie rozmowę z największym chyba na świecie pasterzem. Gdybym był agentem koszykarzy z miejsca bym go zatrudnił jako centra
, buty zresztą już ma firmowe Pumy- pewnie nie łatwo mu cos dobrać na te wielkie lacze. Pasterz choć wielki to dobroduszny, częstuje mlekiem owczym, proponuje ser- kupujemy po krótkim targu z kilogramowy plaster- podobno z paradajzami jest wyśmienity. Jak się okaże to prawda. Po drodze wyhaczamy izvor. Nie często można tu znaleźć wodę więc tankujemy do pełna. Zamierzamy nocować jak najbliżej Lodovej Peciny pod Oblą Glavą. Znajdujemy rewelacyjna miejscówkę na wysokości ponad 2000 z rewelka widokami i materiałem na ognisko. Już po zmroku obserwujemy zejście z przeciwległego grzbietu, którym sami dziś schodziliśmy, jakiejś dwójki przy świetle czołówek. Dopingujemy ich żeby zeszli gdzie chcą lecz nie pochwalamy postępowania.
Dzień 4
Z rana atrakcja w postaci Lodovej Peciny, po stopniach wybitych w śniegu schodzimy w jej głąb, tworzy ją w zasadzie jedna duża komnata z lodowymi stalagmitami. Dalej idziemy w kierunku głównego celu na dziś jakim jest Bezimienny Vrh (2487 npm), najpierw trawersem w końcu po skalnym zwalisku gdzie zostawiamy plecaki i robimy atak szczytowy na lekko, stromo w górę, występuje znane nam już ujeżdżanie kamieni, kamyków i szutru z pod nóg, w czasie opadów musi być ciekawie.. Po około 40 min wystawieni na piekące słońce docieramy na szczyt. Stąd super widoki na Bobotov Kuk i Skrcko Jezero nad które mamy dobić na wieczór. Podziwiamy sobie tak w samotności, ani tez na wejściu i zejściu nikogo nie spotykamy. Od plecaków przez przełęcz V. Struga (2274) schodzimy w rozległą dolinę Alisnica, gdzie przy niewielkich błotnistych stawach brykają krowy, byki też. Zakosami pniemy się na grzbiet Planinica (2330). Na płaskim rozległym grzbiecie spotykamy całkiem sporo osób, zwalniamy tylko na krótkie cześć -cześć, widzimy bowiem zarysy schroniska w dole między jeziorami. Za bardzo myślimy o piwie żeby się zatrzymać. Czeka jeszcze ostre schodzenie- 600 m w dół na około 1000 m w poziomie w linii prostej- koszmar dla nóg. Ale piwo czeka! Czeka? Im bliżej Planiniarskiego Domu tym większe wątpliwości. Jest szef- strażnik parku, bo strażnicy prowadzą te jedyne fantastyczne schronisko w Durmitorze, piwo? nie ma, wino? nie ma, co jest? woda, można spać. Ok walimy namiot nad jeziorem, bez trunków druga noc.. Ok płacicie za miejsce, za pobyt w parku, za klimatyczne, razem 8 Euro. Zajeboza. Czesi palą ognisko, my tez palimy, przychodzi para Polaków, załamani- nie ma piwa
Przychodzi strażnik, chce opłatę za ognisko, przekonujemy go że małe, dał się przekonać. Dobranoc.
Dzień 5
Dzień dobry. Słońce już pali, niebo czyste. Jak co dzień-super. Idziemy dziś na Prutasa (2393). Dziś na trasie więcej roślinności, tak bardziej jak w Tatrach- fajne łażenie, urozmaicone, trochę trzeba się podeprzeć ręką tu i tam. Ogólnie Durmitor określił bym jako cos między Tatrami a Dolomitami. Z Prutasa widok na wijącą się najwyższą drogę jezdna tutaj. Idziemy sobie Bolje Grenda (2204) przez Skrcko Zdrijelo ale czemu teraz prowadzi nas w dół? No pewnie po to by później było w górę. No to w górę do przełęczy Samar (2075). Idziemy ścieżką, ostro, wąsko, trudno- dziwne, ścieżka się kończy, zapala się lampa- no to obsuwa, zgubiliśmy szlak, wracamy. W dół trudniej, właściwie jak myśmy to przeszli? Trzeba kombinować trochę się spociliśmy, były emocje. Byle do przełęczy, dalej jakoś pójdzie. jakoś nagle się zaczęło robić późno a wypada znaleźć miejscówkę do spania. Kierunek Staw Zieleni Vir (2028). Po kamlotach, nie ma szans na równe miejsce pod namiot. Dopiero przy Zielenim Virze kilka miejsc i kilka namiotów.. i woda.
Dzień 6
Ostatni dzień w Durmitorze i ostatnie wyzwanie, Bobotov Kuk (2523). Niestety widoków nie będzie- zamgliło, zachmurzyło. Garby zostawiamy na przełęczy (2351), ubieramy co mamy- pierwszy raz na tym wyjeździe. Mocno wieje, podchodzimy, częściowo wspierani przez stalowe liny do asekuracji. Jako pierwsi tego dnia meldujemy się na najwyższym szczycie Czarnogóry. Dokonujemy wpisu w księgę, stawiamy pamiątkowy stempel. Odwrót, schodzimy z 2523 na 1400 do Żabljaka- trochę trzeba. Im niżej tym cieplej, w butach się gotuje. Pierwsze kroki w Żabljaku do knajpy, te kroki są już ciężkie. Knajpa ma klimat, kłęby dymu i karciarze tubylcy. Chyba się odwodniliśmy, wypijamy soki, wody i co się da. Pole namiotowe tym razem w drugim końcu miejscowości. Trochę oddalone lecz na szosie już krąży właściciel, naganiacz, i mafiozo w jednym, znany nam już z innych relacji
Dowóz gratis. Jest dobrze. Pogoda psuje się jakby na zamówienie, koniec z Durmitorem , koniec z czystym niebem i “lampiącym” słońcem. Choć burza huczy wkoło nas jest ok. Wetujemy sobie wszystkie braki ostatnich dni dwoma litrowymi butelkami wina. Pod namiotem robi się poduszka wodna. Wszystko jedno- dobrze jest.
Dzień 7
Trzeba się dostać do mostu na Tarze a potem do Mojkovaca. Ustalamy stawkę za podwóz z mafiozem i godzinę wyjazdu.. Ustalamy ale musimy czekać aż raczy podjechać i oznajmić że jeszcze minutka, która trwa kwadrans czyli już prawie godzinę w plecy.. Po drodze mafiozo załatwia tysiąc spraw, rozdaje wizytówki, zatrzymuje inne samochody, rozmawia w sześciu językach. Ma szczęście że robimy sobie z tego jaja i bardziej mamy z tego zlewę niż się wkurzamy. Później jeszcze raz na stopa i Mojkovac. Tu szukamy jakiegoś żarcia typu obiad- nie jest łatwo. Czarnogórcy maja taki dowcip ” Pytasz kelnera czy ma zimne piwo, na co on: tak dwie butelki są w lodówce proszę sobie jedną wziąć a drugą mi przynieść”. Mniej więcej takie podejście ma kelner w tzw restauracji, w drugiej restauracji bufetowa w ogóle nie ma podejścia. W międzyczasie zmieniamy decyzje co do dalszego pobytu, zamiast kierunku Prokletije, idziemy bezpośrednio z Mojkovaca w Bjelasice. Nie będziemy tracić cennego czasu na przejazdy a może da się nawet dojść w pasmo Komovi z lacza. Ulewę przeczekujemy na piwie w barze i oprowiantowani ruszamy na czuja w przypuszczalnie dobrym kierunku czyli na Planinarski Dom Dżambas (podobno wypas), najpierw przez wioskę, potem wychodzimy ponad las i lokujemy się przy opuszczonym gospodarstwie. Rewelka zachód słońca nad pasmem Sinjajewiny.
Dzień 8
Z rana mylimy trochę kierunek, gdy już wracamy na właściwą drogę zagadują nas miejscowi chłopi, rozmowa się wcale klei
częstują rakiją i wafelkami- na jedną nogę, na druga nogę i na drogę. No i robi się ciepło, nogi miękną a do Dżambasa pod górkę. Wielki ten Dżambas nie jest ale klimatyczny, dostajemy gęstej zupy i mapę. Chatar ma wypisane zwroty w wielu językach przez co dane nam usłyszeć polskie Dzień Dobry, Smacznego itd. Wypijamy browarki, oglądamy fotki górskie gospodarza i w drogę, z mapą ale początkowo trochę zamotani, czyżby rakija + browarki? i znów w górę na Bjelogrivac (1970). Stąd obejmujemy wzrokiem wreszcie Bjelasice- zupełnie inny charakter niż Durmitor, bardziej taki bieszczadzki choć wyżej, rozległe połoniny, łagodne zbocza i auta zbieraczy jagód na wysokości blisko 2000, zero turystów, tylko my samotni wędrowcy. Meta tego dnia na przełęczy ponad Sisko Jezero (1705). Wieje i siąpi.
Dzień 9
Rano nie chce się wychodzić i trwa to tak gdzieś do 13stej, wcześniej wkoło namiotu chodzą owce, konie, pasterz, myśliwi, folklor aż miło, choć brzydko i nie miło
Przestaje padać, idziemy na Crna Glave (2139)- najwyższy szczyt Bjelasicy. Idzie się porażkowo, chyba kryzys, robimy jakieś zmyłki na trasie przez co omijamy jezioro Ursulovac z tak potrzebną wodą :/ Na Crna Glava we mgle i kosówce dochodzimy dość późno ale cel zrealizowany. Schodzimy do Pesice Jezero i choć jest to miejscówka warta podziwiania jej uroku to tego dnia nie mamy na to siły. Jesteśmy u stóp Zekovej Glavy (2117) gdzie stacjonuje wojsko. Pół nocy dochodzą odgłosy urządzeń ze szczytu, sterczą z niego maszty, talerze itp, to widzieliśmy wcześniej, teraz tylko mgła.
Dzień 10
Decydujemy, że będzie to nasz ostatni dzień bujania się po górach.. w Komovi za daleko jak na nasze tempo przemieszczania z ostatnich dni. Wracamy na grań z ambitnym planem wejścia na Zekova Glave jeśli nas tam wpuści wojsko. Istnieje podejrzenie że gdyby nie plecaki to byśmy sfruneli, wiatr napiera a my jak zapaśnicy do maty przywieramy do ziemi. Schodzimy w przeciwległym kierunku do urwiska i na czuja obieramy azymut. Udaje się , trafiamy na drogę okrążająca Zekovą, schodzimy przez Katun Vranjak. Pozdrawiają nas całe ekipy zbieraczy jagód, dosłownie wiadrami znoszące je co jakiś czas do swych aut. W dół na jakiś czas zabierają się psy pasterskie, potem zmianę robią im kozy, a dalej już sami w deszczu monotonnie aż do Ski Center Bjelasica. Tu z parkingu zabierają nas Czesi oszczędzając nam wątpliwej przyjemności marszu asfaltem do Kolasina. Slalomem między dziuro wyrwami w jezdni dojeżdżamy pod stację kolejową. Małe piwo i koleją do Baru. Ujawniają się widoki z “drogi żelaznej” jak mawiali Indianie; przełom Tary, estakady śmiało poprowadzonej trakcji. Podobno runął tu kiedyś pociąg w przepaść. Choć docieramy nad morze to teren wciąż jest mocno górzysty, a wybrzeże skaliste i w większości trudno dostępne.
Dni nadmorskie i powrotu
Przez trzy nadmorskie dni odwiedzamy Budvę, zwiedzamy Kotor, Ulcinj i Stary Bar- wszystkie w zbliżonym charakterze w swych zabytkowych częściach. Śródziemnomorskiego klimatu dodaje roślinność, w szczególności palmy i cytrusy. Mamy nieszczęście być na kampingu koło Budvy, o którym lepiej zapomnieć. Nocujemy też w ogrodzie u gospodarza gdzie wprost z drzewa dostajemy figi i granaty. Poznajemy folklor stacji autobusowych cichych w dzień, hałaśliwych i tłocznych wieczorami. Osobliwe jest to, że na tych samych trasach płaci się różne stawki, u różnych przewoźników, a nad rozkładami jazdy nikt nie panuje. Dla pamięci o Montenegro zakupujemy domacną Rakiję. Powrót idzie nam nie do końca z planem, pociąg Bar - Belgrad notuje cztery godziny spóźnienia i wszystkie następne połączenia idą w łeb. Konduktor obiecuje hotel w Belgradzie na koszt kolei- dotrzymuje słowa, nie jest w stanie on ani nikt inny natomiast wyświetlić dalsze połączenia do kraju. wiemy jedynie, że czeka nas 12 godzin w Blegradzie i najbliższy pociąg do Budapesztu a potem musicie sobie poradzić. Rezerwacji też nie ma jak przebukować. Szczęściem potrafimy sobie lepiej poradzić niż cała obsługa ichnich kolei i w kafejce internetowej w 15 minut znajdujemy sobie zadowalające nas połączenie, dzięki czemu zdążamy do Bydzi jeszcze przed upływem ostatniego wakacyjnego weekendu.