W sierpniu zachęceni wcześniej przez ekipę wyjazdową poczyniliśmy wyprawę w Pamir- Tadżykistan. Nazbierało się nas w sumie 8 osób z różnych stron Polski po różnych znajomościach
Za główny cel wyjazdu obrany został lodowiec Fedczenki- najdłuższy poza strefami polarnymi na świecie podobno, ok. 70 km ma, a w jego otoczeniu 7 tysięczne Piki Komunizma- obecnie Ismaila Somoni, Lenina, Korżeniewskiej.
Wyposażeni w cały sprzęt łącznie z czekanami, rakami, uprzężami itp. ruszyliśmy z Moniką do Wawy. Tam spotkaliśmy część ekipy, Ewę, Piotra i Wojtka. Pierwsza porażka- na lotnisku prześwietlili nam plecaki i wykryli przemyt gazuL Nie dałem go sobie jednak odebrać i zaniosłem w pobliskie Okęciu krzaki na przechowanie. Z przesiadką w Stambule dolecieliśmy nad ranem do Duszanbe. Na lotnisku wypisanie jakichś niepotrzebnych deklaracji no i w sumie dość sprawnie się odprawiliśmy by dotrzeć do hotelu Duszanbe. Nie był to jakiś rewelacyjny hotel, fakt wzięliśmy najtańsze pokoje, wielkie hole na każdym Pietrze z marmurami a im dalej w głąb tym lepszy syf. Pani etażowa zaprowadziła nas do pokoi, stwierdziła że ocień żarko dając do zrozumienia że jej się nic nie chce, przetarła szmatą telewizor z kurzu a zostawiła przyklejony do stołu kawałek żurnala, paprochy na glebie itp., wycieczka do kibla nie poprawiła wrażeniaJ Po południu dotarli Ania i Michał, którzy już drugi miesiąc pałętali się po Azji zaliczając różne Uzbekistany, Samarkandy i inne. Wcześniej po poszukiwaniach znaleźliśmy jedyny jak nam powiedzieli w Tadżykistanie sklep oferujący gaz turystyczny- wykupiliśmy cały zapas w postaci 9 butli i poszliśmy na autobazę. Tam udało nam się przy kuflu piwa- siura, załatwić auto na następny dzień, zrobiliśmy też uzupełnienie zapasów w postaci suszonych owoców i orzechów. Z rana samochód już czekał pod hotelem, czekał tez Maciej który dotarł innym samolotem. Tak skompletowani ruszyliśmy.
Pierwszy etap z Duszanbe do Khorog to 620 km które jechaliśmy 21 godzin z jednym kierowcą , postoje tylko na śniadanie, obiad i posterunki mundurowe. Kierowca zagadnięty czy chce się przespać gdzieś odparł tylko że nie musi, jedziemy dalej. Droga z przepaściami, setkami zakrętów, przejazdami przez strumienie, asfalt tylko przez pierwsze 90 i ostatnie 60 km, w wielu miejscach z trudem mijają się dwa auta a jeżdżą tam ciężarówki, zresztą jest to jedyna i główna droga krajowa i nie ma wyboru.
W Khorog spędziliśmy dobę, na bazarze, na piwie -niezbyt rewelacyjnym, załatwiliśmy sobie auto w dolinę Bartang i ruszyliśmy z rana do Kudary, czyli w serce gór. Przed nami ?zaledwie? 200 ileś kilometrów. Ujechaliśmy z pół dnia drogi i.. zatrzymało nas przymusowo w kisłaku Badsid, osunęło się zbocze i droga nie rabotała J Rabotały za to maszyny nad naprawą drogi. Wersje czasu naprawy wahały się od 2 godzin do dwóch dni.. ostatecznie wieczór i noc spędziliśmy w gościnie u Alika i jego siostry wcinając pyszny barszcz na który ziemniaki skrobały chyba wszystkie sąsiadki, wypiliśmy niezliczona ilość dzbanków czaju, ze sto razy usłyszeliśmy ?pijcie czaj pijcie, kuszajcie?, uprzejmości nie było końca, a nasz kierowca dogadał się z kierowcą z drugiej strony osuwiska który to Nas przejął. Trzeba było tylko przejść ścieżką przez zbocze z tobołami i jechać dalej, zero problemu. Nasz nowy kierowca jak się okazało miał mistrza. Najpierw ? wsio normalna? czyli wymiana koła, właściwie to tylko jeden kierowca ze wszystkich naszych nie wymieniał koła, niedługo potem dojechaliśmy do miejsca gdzie woda wymyła drogę J Do wyboru było jechać przez wodę płynącą lub ?oczko wodne?, wybór padł na to drugie i samochód utknął ?po pas?. Próbowaliśmy jeszcze ratować sytuacje i wypchnąć auto..ani drgnęło. Kierowca jeszcze w akcie desperacji pod woda kręcił korbą(tak, tak auto na korbę) aby odpalić? nie poszło. Ewakuowaliśmy ze środka plecaki, buty itd. Nie wszystko uszło na sucho.;) Nasz szofer gdzieś pobiegł a my bezradnie patrzeliśmy jak z baku bąbluje powietrze a wypełnia się wodą? Szofer nie wiadomo skąd na tym odludziu sprowadził pomocników i Kamaza, który to prawie że sam się zakopał przy wyciąganiu. Po nastej próbie podkładania pod niego kamieni w końcu się wydostał, a potem wyciągnął nasza marszrutkę, ale tak się rozbujał że pociągnął ją na skały i rozharatał jej cały bok. Szczęście, że przy tej nieprzemyślanej, prowadzonej na żywioł akcji nikt nie zginął ani się nie pokaleczył, nie raz gdy chłopaki podkładali kamienie pod koła to kierowca Kamaza już ruszał. Miejscowi wg umowy za wyciągnięcie auta dostali 15$ ale co nam po takim aucie z woda w benzynie i poharatanym bokiem? Nic bardziej mylnego! Upuścili na glebę część benzyno wody a gdy uznali na węch i dotyk, że stężenie wody zmalało, postanowili odpalać i ?udało się! Ruszyliśmy! Co jakiś czas auto gasło ale zawsze ruszało, do chłodnicy dolane zostały wiadra litrów wody. Zdobywaliśmy wysokość a przepaść była o kilka cm od prawych kół, niektórzy przechylali się na lewo, niektórzy odwracali wzrok a inni robili zdjęcia
Minęliśmy stacje sejsmiczną ? Tadżykowie i nie tylko oni boją się trzęsień jak ognia a to z powodu ogromnej objętości jeziora Sarez które byłoby w stanie zatopić pewnie pół kraju. Na ostatnich kilometrach okazało się , że braknie benzyny, ale co tam.. te resztki których nie chciał już silnik ssać z baku szofer przelał do plastikowej butelki, którą trzymał jeden z nas, a wężyk zasysał to do silnika;-) Tak obserwując na bieżąco ubytek paliwa dojechaliśmy na resztkach do Kudary.. uff
Kisłak (wieś) Kudara na wysokości prawie 3 tyś metrów dawny sowchoz albo kołchoz, nie wiem jaka różnica..Zamieszkany przez około 300 osób prawie odciętych od świata. Prądu brak, linia energetyczna jest ale nie rabotajet. Szkoła na około 100 dzieci. A więc wysiedliśmy z samochodu, w naszym kierunku idzie z pół wsi ciekawskich. Jak się dowiemy jesteśmy piątą ekipą takich wariatów w tym roku. Był samotny Belg, Francuzi, Szwajcarzy , Japończycy- niewiele, nasza ekipa najliczniejsza. Po chwili jesteśmy już gośćmi, nie wiadomo czy to miejscowi ustalają między sobą, czy gospodarz taki obrotny ale lądujemy w domu u Bobiego. Trzeba wiedzieć , że za gościnę nic nie oczekują ale wypada zostawi jakieś Somoni ?miejscową walutę wg uznania. Przynosi czaj, lepioszki czyli takie placki chlebowe które sami pieką, na koniec miskę baraniny łącznie z kośćmi do obgryzania. Przynosi co jego zdaniem najlepszego miał , nie każdy tryska szczęściem są wśród nas wegetarianie. Jest tez mleko dla chętnych, pytamy jakie to mleko, z czego? odpowiadają? kozy, owcy, krowy..no wiemy że mleko może być z nich wszystkich ale w końcu nie wiemy jakie pijemy J Dokonujemy mycia w kanałach nawadniających rozprowadzających mętną wodę po całej wsi, nasz kierowca po trudach dnia tylko siorbnął takiej wody i się zadowolił, my byśmy się pewnie zaraz pochorowali. Zapytani o toaletę wskazali nam trzy głazy na skraju wsi, więcej już nie zapytamy, już wiemy jak tu się załatwia te potrzeby
Podziwiamy rozgwieżdżone niebo, u nas na takie nie ma szans. Chcemy wynająć osły do noszenia tobołów na 3 dni bo na tyle obliczamy dreptanie dolina Tanimasu, trudno dojść do porozumienia , w końcu sprawę rozstrzyga dyrektor szkoły i mamy na rano 4 iszaki i 4 ludzi do prowadzenia ich. Wędrówka przebiega szeroką doliną w 30 stopniowym upale, który towarzyszy nam tu stale, w większości pustkowiem, z rzadka oczka zieleni ze strumykiem, a tam pasione są iszaki i organizowane obozowiska na noc. Nawet udaje się zebrać jakieś patyki na ognisko wieczorne, dla miejscowych to pewnie marnotrawienie paliwa na którym można zagotować wodę lub ogrzać dom w surowa zimę. Od drugiego dnia dość często przeprawiamy się przez dopływy boczne Tanimasu, a więc zdejmowanie butów, walka z prądem i lodowata wodą. Dodatkowo karmimy naszych przewodników, wzięli za mało żarcia i nie spotkali pasterzy na co liczyli. Trzeciego dnia napotykamy wodę nie do przejścia? Tanimas wije się całą szerokością koryta, zbyt głęboki i bystry by przejść bez strat o ile w ogóle. Robimy rozeznanie przejścia zboczem, zwiadowcy wspinają się około 500 metrów i wracając po 3 godzinach nie mają dobrych wieści- nie ma szans. Zostajemy jeszcze na noc, jest jeszcze nadzieja że po mroźnej nocy rano woda będzie o niższym stanie i nas puści. Niestety nici z mroźnej nocy, poziom obniżył się tylko o kilka cm. Jeszcze tylko kilka pojedynczych prób przeprawienia ale bezskutecznie, śmiałkowie tylko dygoczą i szczękają zębami, jednak woda z lodowca nie jest za ciepła. Trzeba przyznać że nasi przewodnicy czyli Salzawar, Budulai, nauczyciel historii i Starszy (Starszy dlatego że u nich przewodził, w post sowieckich krajach każda grupa musi mieć Starszego i my tez musieliśmy mieć, na każdym posterunku pytają ?kto u was Starszy?;-) ) robili co mogli by pomóc nam w realizacji calu, pomagali przechodzić przez wodę, wyszukiwali najlepszych przejść. Podobno z tym stanem wody jest różnie i w niektórych okresach roku można przejść a często jest to niemożliwe, my mieliśmy pecha i niestety zamiast opuścić naszych przyjaciół z iszakami wracamy przez 2 dni do Kudary. Postanawiamy uderzyć w dolinę Hawrazdara czyli tą którą mieliśmy wracać z lodowca, już wiemy że na Fedczenkę nam nie starczy czasu L Może uda się dotrzeć do innego lodowca zwanego Grum Grzymajło, ale i to wątpliwe.
Po nocy spędzonej w Kudarze w gościnie , tym razem u Salzawara, wyruszamy do wioski Pasor czyli wejścia w dolinę Havrazdara. Tam częstowani jesteśmy zimna wodą, upał jak zwykle daje się we znaki. Przed opuszczeniem Pasoru dogania nas miejscowy dziadek i coś tam macha rękami. Pokazuje jakieś kwity, rzekomo jest przedstawicielem parku narodowego?? I pobiera opłaty. Idzie z nim nasz Starszy czyli Michał. Kwity SA wątpliwego pochodzenia ale dla spokoju płacimy po 20 Somoni od łba. Pokwitowania oczywiście nią ma, przy powrocie dziadek tylko cos zapisuje w kajecie, że nie wywozimy rubinów i wszystko gra. Podobno w Pamirze dziwnie patrzono na pierwszych badaczy i turystów podejrzewając ich o wywożenie z gór rubinów J Zaraz na początku weszliśmy w głęboko wcięta dolinę z bystro płynącą rzeką. Osły, które postanowiły jeszcze z nami pójść ze dwa dni, pierwszy raz się poważnie zacięły pokazując swój ośli upór. Nic jednak dziwnego biorąc pod uwagę obraz prowizorycznej kładki przez rzekę, aczkolwiek bardzo stabilnej w tym momencie. Dosłownie ciągnięte za uszy każdy w asyście trzech pomocników w końcu poszły. Dolinka zupełnie inna niż Tanimas , więcej zieleni, urokliwsza, przynajmniej na początku. Nocleg urządziliśmy przy Cabanie pasterskiej, były tam osły samopas, które najwyraźniej ucieszyły się na widok naszych iszaków..szczególnie jeden który regularnie do rana nadawał swoje i?. a?..i?.a?.. Tym samym dźwiękiem przywitani rano ruszyliśmy w dalszą drogę solidnie pnąc się do góry. Koło południa trafiamy do cabany, tym razem zasiedlonej. Żona dyrektora szkoły wraz z synem i córką przywitała nas chłodnym ajranem, oczywiście załapaliśmy się tez na czaj i lepioszki. Na bieżąco robią syr i ubijają masło. Na okres wypasu skromnie mieszkają w górach z widokiem na błękitne jeziorka, cały dobytek potrafią zapakować na cztery osiołki i zmienić miejsce wypasu w jeden dzień, zresztą w wiosce też mieszkają skromnie
Dalej ruszamy w podgrupach wyszukując najlepszych wariantów przejścia przez moreny polodowcowe. Jest to w sumie dość upierdliwe ciągłe podejścia , zejścia i tak w kółko końca nie widać. Okazuje się że ścieżka znaczona kopczykami jest ale nie taka oczywista żeby na nią trafić bez problemu. Liderzy docierają do jeziora o nazwie jak dolina czyli Havrazdara tuz przed zachodem słońca. Dwójka z nas nie może odmówić sobie kąpieli w jeziorze położonym na wysokości 4 tyś m. Trwa to co prawda niecałą minutę , ale kąpiel z przepłynięciem kilku metrów zaliczona. Już razem z resztą dotarliśmy do drugiego krańca jeziora, tam spotykamy jedynych na trasie turystów z Francji i Szwajcarii, z tym że oni są już w odwrocie. Szybko robi się chłodno, co zapowiada pierwszą mroźna noc. Nazajutrz wyruszamy w kierunku przełęczy przy Chałodnej Scenie skąd już będzie widać lednik Grum Grzymajło. Tzn Ania w ogóle nie wyrusza , zostaje w namiocie. Piotr, Ewa , Wojtek i Michał idą na lekko, a ja z Monika i Maciejem bierzemy garby by zanocować wyżej. Przeprawiamy się przez jeden strumyk, jasna rzecz Ci na lekko idą szybciej, my po czterech godzinach dochodzimy na wysokość 4300 do urokliwego jeziorka gdzie na skrawku trawy stawiamy namioty. Po krótkim Reście idziemy w ślad za resztą. Ślad zresztą pozostaje na śniegu, którego jest coraz więcej. Zza kolejnych zboczy wyłania się Chałodnaja Sciena-ocień priekrasnaja ściana z piękną granią. Wydaje się nam że przełęcz tuż tuż..z błędu wyprowadza nas powracająca Ewa. Do przełęczy nie dotarła, twierdzi że jeszcze daleko. Idziemy dalej, Maciej jeszcze pół godziny, my ponad godzinę. Spotykamy Piotra i Michała, na przełęczy owszem byli ale do lodowca nie zeszli. Wg nich jeszcze minimum pół godziny. Robimy więc serię zdjęć i w tył zwrot bo godzina odwrotu już minęła. A fajnie wracać póki jasno..i tak jesteśmy już niemal na wysokości przełęczy, jakieś 4700. No i przed nami noc na rekordowej wysokości. Ponad 12 h spędzamy w namiotach, na gotowaniu , spaniu, wychodzić się nie chce, tym bardziej że nocą temperaturka spada do minus kilku. Z wygrzebaniem się z namiotów czekamy na pierwsze prażenie słońca wprost w pałatkę. We trojkę ruszamy na wcześniej wypatrzony na mapie i w terenie pobliski 5 tysięcznik. Wygląda łatwo, ot taka buła i to nie ośnieżona więc idziemy zupełnie na lekko- błąd. Dość szybko zdobywamy wysokość idąc wprost źlebem, potem łagodna granią. Łagodna grań zmienia się z czasem w bardziej postrzępioną. Po dwóch tygodniach lampy pojawiły się chmurki i to całkiem sporo, dodatkowo trochę wieje na grani, coraz częstsze płaty śniegu, na skałach trzeba sobie pomagać rękami. W końcu trafiamy na odcinek śnieżnego nawisu. Nie mamy ze sobą ani metra liny ani nic do zaasekurowania się, wszystko co tu taszczyliśmy z Polski leży sobie w namiocie, akurat w jedynym momencie gdyby się przydało.. Do wierzchołka jakieś sto metrów w pionie i pewnie z pół godziny drogi, aura nie zachęca. Rezygnujemy więc z ryzyka przejścia przez nawis. W zejściu piękne widoki, wypatrzyliśmy jeziorka w morenie lodowcowej, pójdziemy tam jutro. W nocy spada kilka cm śniegu, po wschodzie słońca szybko topnieje. Przed śniadaniem krótki wypad na lodowcowe jeziorka, potem odwrót. W dół idzie znacznie szybciej, ale i tak daje nieźle w dupę. Umęczeni dochodzimy przed wieczorem do cabany z nadzieją na ajran.. niestety pasterze się wynieśli. Spotykamy ich nazajutrz w Cabanie poniżej, częstują nas na bieżąco smażonymi Prażkami-takie coś zbliżone do racuchów. Wieczorem obserwujemy zejście lawiny. W Pasoże doganiamy resztę załogi, schodzili prędzej od nas i niezbyt pośpiesznie. Idziemy w kierunku Kudary, naprzeciw nam wyszli Bobi i Starszy poinformować, że jeszcze nie ma kierowcy który był z nami na ten dzień umówiony ale dzwonili ?po racy?i już jedzie; dokładnie nie wiemy, chodziło chyba o radiostacje lub telefon satelitarny, maja cos takiego w każdej wiosce i stąd jedyna łączność. Niosa też dziewczynom plecaki, naprawdę się o nas troszczą. Już po zmroku przybywa nasz szofer, rano żegnamy się z Kudarą. Zabiera się z nami dyrektor szkoły- ubrał dżinsowa kurteczkę, wziął w rękę koszulkę z referatem w środku i tylko w to wyposażony wybrał się na kilkudniową konferencję w innej wsi. Zabrał się tez z nami Mitia, który zszedł z gór. To Rosjanin z Moskwy, ?chodzil z druzjami po gorach sorok piat dniej i ustal?
Byli na Piku Rewolucji, na Piku Komunizma, na lodowcach i on się zmęczył a koledzy poszli jeszcze na Pik Lenina. Mitia pokazuje nam swoje żebra i śmieje się że schudł z 10 kg. Przy nim to my jesteśmy cieniasy- no nie wagowo ale osiągnięciami w górachJ Islam nie pozwala ale dyrektor szkoły wyciąga butelkę z winem którą wspólnie rozpijamy. Dwa dni spędziliśmy w Khorog, jedni zwiedzając park botaniczny inni jadąc do gorących źródeł, ani jedno ani drugie okazuje się nie warte zachodu. Połowa z nas zostaje jeszcze na tydzień i jedzie w worek hawański, druga połowa niestety odwrót do Duszanbe. Na 6 rano nie przybywa umówiony kierowca, idziemy szukać nowego transportu. Po przebojach ruszamy końcu po 10tej. Po 150 km stop! Główna droga krajowa zasypana..zawaliło się zbocze.. Niby mieliśmy zapas czasowy ale teraz możemy nie zdążyć na samolot. Tutaj nie ma możliwości objazdów ani innej drogi. Zniecierpliwienie widać tylko u ludzi zachodu. Tutejsi rozmawiają , śmieją się, grają w coś.. Koparki pracują, dynamit do wysadzania luźnych skał poszedł w ruch. Co godzinę idziemy zobaczyć postępy robót. Po sześciu droga zostaje uruchomiona i wtedy przychodzi wiatr z burza piaskową. Nic nie widać , piach wciska się do auta. Samochody ruszają pospiesznie z dwóch stron kto szybszy, nikt nad tym nie panuje i robi się korek..Niektóre auta grzęzną w piachu. Po kolejnych2 h jesteśmy za przeszkodą, cała podróż trwa ponad 30 godzin. Gdyby nie nasza interwencja kierowca by pewnie jechał całą noc aż by zasnął na kierownicy, zapytany czy niechce spac odpowiada ? ciut ciut pooddychajem?
Śpimy ze dwie godziny i jazda dalej. W Duszanbe odwiedzamy w końcu cywilizowana knajpę, wypijamy browarki, a rano w samolot i koniec sielanki.. aaaa jeszcze tylko na lotnisku w Wawie wydłubiemy z krzaków gaz J
December 16th, 2009 at 12:30 pm
[…] Pamir 2009(TadĹźykistan) […]