Kaukaz

ELBRUS 2002

CZYLI O TYM, JAK ZNALEŹLIŚMY SIĘ NA DACHU EUROPY I NIE TYLKO

(zobacz galerię zdjęć z tej wyprawy)

Pomysł wyprawy na Kaukaz narodził się rok wcześniej podczas zejścia z Piz Boe - szczytu w Dolomitach w grupie Sella. Rozentuzjazmowani powodzeniem tamtej eskapady, głośno zastanawialiśmy się, jakie górskie wyzwanie podjąć w roku następnym. W tej burzy mózgów beztrosko rzucaliśmy kolejne pomysły - Pirin i Riła w Bułgarii, Alpy Austriackie, Mont Blanc i wreszcie Elbrus. Ten ostatni, ponieważ wydawał się najbardziej ambitny i pociągający, zyskał chyba najwięcej sympatii połączonej wszakże z niepewnością, poczuciem ryzyka i uzasadnionymi - choćby brakiem doświadczenia w górach zimą lub na dużych wysokościach - obawami.

Mieliśmy jednak kilkanaście miesięcy na oswojenie się z tą myślą i przygotowanie do wyprawy. Kolejne miesiące jednak mijały, a decyzji jak nie było, tak nie było. Jedynie nieśmiałe wizyty na stronach internetowych poświęconych naszemu celowi (najlepsza bez wątpienia anglojęzyczna www.elbrus.org) i lektury nielicznych przewodników traktujących o nim (wyłącznie anglojęzyczne np. w Sklepie Podróżnika).

kaukaz10.jpgI w takim właśnie stanie umysłu zastało nas lato. Nastąpiło wzajemne badanie własnych intencji i determinacji. Nikt nie mówił wyraźnie “tak”, ale też nikt nie powiedział “nie”, jakby czekając, że winę za odwołanie wyprawy będzie można zrzucić na innego “kozła ofiarnego”. (Jedynie Ewa twardo zadeklarowała, że z powodów zawodowych nie znajdzie czasu na tą daleką i długą eskapadę.) Efektem tej gry psychologicznej było rozpoczęcie poszukiwań uczestników wyprawy w internecie, gdyż po dezercji Ewy (jak się później okazało, wcale nie próżnowała - zdobyła Mont Blanc) zostało nas troje i uznaliśmy, że trzeba się wzmocnić. Doświadczeni w tego typu werbunku wyłowiliśmy z niezbyt dużej ilości ofert i niemal w ostatniej chwili dwie najlepsze kandydatury - Piotra (jedynego, który miał doświadczenie zimowe, a w roku poprzednim zabrakło mu troszeczkę do wierzchołka Elbrusa) i Marcina (doświadczonego globtrotera).

Niepokoiły nas nieco napływające z Rosji doniesienia o zdarzeniach tego lata. Czerwcowa powódź w południowej Rosji, w tym także na Kaukazie, spowodowała wiele szkód, jednak - jak zapewniali przebywający na miejscu obserwatorzy - nasz rejon został oszczędzony przez najgorszy żywioł, a względnie niewielkie szkody do sierpnia usunięto (co okazało się prawdą). Natomiast epicentrum katastrofy z początku sierpnia, kiedy to Morze Czarne zalało swoje wybrzeże w okolicach Noworosyjska było oddalone o kilkaset kilometrów na zachód od rejonu Elbrusa. Niepokój wzbudzały także doniesienia o wzroście napięcia w stosunkach rosyjsko-gruzińskich spowodowanych oskarżeniami Rosji wobec władz Gruzji o to, że te udzielają jakoby schronienia terrorystom czeczeńskim w Wąwozie Pankiskim (oddalonym o jakieś 200 km na wschód od Elbrusa).

Dzień 0 - 10 sierpnia, czyli kości zostały rzucone

Tego dnia następuje chrzest bojowy. Aby zapobiec nieprzyjemnym niespodziankom z biletami, i chyba także żeby upewnić się o swojej woli wyjazdu, postanawiamy z wyprzedzeniem kupić bilety kolejowe na trasie Brześć-Mińsk-Piatigorsk. Szybkie załatwienie tego nie jest możliwe w Warszawie (trzeba około tygodnia, aby zrobiło to jakieś biuro turystyczne lub przewozowe, my zaś mamy tylko 5 dni, a poza tym prowizja pobierana przy tym jest całkiem spora), więc Marcin (z osobą towarzyszącą) i Maciej wsiadają w samochód i jadą do Brześcia. Bilety udaje się kupić bez najmniejszych problemów (ważne - bilety są imienne, należy mieć ze sobą w najgorszym wypadku listę z nazwiskami uczestników i numerami ich paszportów, najlepiej cyrylicą). Nie obywa się jednak bez przygód. Wymiana dolarów na ruble białoruskie (tylko w kantorze!) kończy się pakowaniem paru kilkucentymetrowych plików banknotów o niskich nominałach do plecaka, by po chwili zapłacić nimi w kasie. Bierzemy oczywiście “kupiejne” (4-osobowe przedziały) do Piatigorska z przesiadką w Mińsku, za które płacimy ok. 52 $ (”płackartne”, czyli miejsca leżące w bezprzedziałowym wagonie, kosztują ok. 35$). Zależy nam jednak, aby z pociągu wysiąść wypoczętymi i nie dzielić się wszystkim (włącznie z zapachami, muzyką i chrapaniem) z innymi podróżnymi, co w perspektywie ponad 40-godzinnej podróży ma ogromne znaczenie. Krótko mówiąc, “kupiejny” wart jest zapłacenia kilkunastu $ więcej. Wybrana przez nas trasa jest zdecydowanie najkrótsza (nie biorąc pod uwagę nawet trzykrotnie droższego samolotu), żałujemy tylko, że w tym roku nie jeździ już pociąg bezpośredni z Brześcia.

W drodze powrotnej, po zapłaceniu jednorazowej opłaty za każde opuszczenie terytorium Białorusi (2$), mamy okazję podróżować sławnym przemytniczym pociągiem relacji Brześć-Terespol, w którym mrówki (głównie rodzaju żeńskiego) ukrywają przemycane papierosy i alkohol zakupiony w dworcowym sklepie wolnocłowym wszędzie tam, gdzie to jest możliwe, a garderoba kobieca, jak można się domyśleć, daje tu ogromne możliwości, czego zresztą mrówki nie kryją w ciągu 18 minut podróży. Zachęcają też, aby się przyłączyć. Trudna próba aserytwności. Dla świętego spokoju kapitulujemy i robimy dobry uczynek dla Białorusinki (gorszy dla państwa), biorąc na siebie standardowy pakiet - 1 l wódki + karton papierosów. W Brześciu odkrywamy także walory kwasu chlebowego - energetycznego napoju przypominającego piwo z gorzkim sokiem. Kwas cieszy się wśród Białorusinów ogromnym szacunkiem i popularnością.

Wyjazd planujemy na 15 sierpnia. Zostaje więc kilka dni na załatwienie formalności i zaopatrzenie w niezbędny sprzęt. Załatwiamy pieczątki AB w paszporcie (w wydziałach paszportowych urzędów wojewódzkich wystarczy przedstawić zaświadczenie o wyjeździe służbowym na teren Rosji poparte pieczątką delegującej firmy; w praktyce i to bywa niekonieczne), które dla turystów są najlepszą przepustką do Rosji i na Białoruś. Sporządzamy “bumagi” z listą uczestników (numer paszportu, data urodzenia, adres, imię ojca - koniecznie także cyrylicą!), celem i planem wyprawy, podbite pieczątkami sklepów podróżniczych, co ma uwiarygodnić służbowy cel naszej podróży. Kupujemy też lub wypożyczamy sprzęt turystyczno-wspinaczkowy. Rezygnujemy z uprzęży, lin i kasków, niezbędne nam są natomiast czekany, raki, czołówki i odpowiednio ciepła odzież oraz okulary lustrzane lub gogle z przyciemnianymi szybkami i mocny krem do opalania.

Dzień 1 - 15 sierpnia, czyli zapowiada się piękna wyprawa

Dzień rozpoczyna się bardzo wcześnie. Spotykamy się o 3.00 na dworcu PKP Warszawa Wschodnia i w pociągu zmierzającym - z przesiadką w Siedlcach - do Terespola. Jedziemy w piątkę - Marta (Katowice), Adam (Bydgoszcz), Maciej (Katowice/Warszawa), Marcin (Warszawa) i Piotr (Warszawa). Pierwsze rozmowy utwierdzają nas w przekonaniu, że dobraliśmy się jak należy i że wyprawa dobrze rokuje. W centrum zainteresowania jest Piotr, który odpowiada na wszystkie pytania dotyczące Kaukazu i Elbrusa. Jego wiedzę i doświadczenie będziemy często wykorzystywać. Potwierdzamy też, tym razem “face to face”, cele i planowany przebieg wyprawy. Zaczynamy od spokojnej, kilkudniowej aklimatyzacji w dolinie Baksanu, by później zaatakować główny cel wyprawy, czyli zachodni wierzchołek Elbrusa (w przypływie dobrego humoru i optymizmu potęgowanego kolejnymi łykami Tyskiego myślimy o podwójnej koronie, czyli obu wierzchołkach). Co będzie później - “pasmotrim, padumajem”, co staje się standardową odpowiedzią na każde pytanie i propozycję, jaką usłyszymy. W istocie bowiem trzeba założyć pewną elastyczność, brać pod uwagę warunki atmosferyczne, stan organizmów i wiele innych czynników. Dlatego poprzestajemy na planie ogólnym. Sprawdzamy też swoją znajomość języka rosyjskiego - widać, że “budziet haraszo”, w razie czego jest z nami kieszonkowy słownik. W Terespolu wsiadamy w pociąg graniczny, który do Brześcia jedzie aż 47 minut, podczas gdy w odwrotną stronę tylko 18. A wszystko to w związku z koniecznością dostosowania do szerszych eks-radzieckich torów. Brześć wita nas słoneczną pogodą, ale na zwiedzanie nie ma czasu (poza doenergetyzowaniem się kwasem chlebowym), bo już o 12,22 mamy pociąg do Mińska. Wagon wyprodukowany w NRD prezentuje się solidnie, koje w przedziale są względnie wygodne, nawet okno daje się zdrowo uchylić (wbrew relacjom wielu internautów - okna albo się uchylały, albo działała klimatyzacja), prowadnica jest uprzejma i uczynna, możemy rozpocząć prawdziwy odpoczynek. Około 17 jesteśmy w Mińsku, gdzie mamy 2 godziny do kolejnego pociągu. Wykorzystujemy ten czas na wymianę walut, zakupy (kolejna podróż trwa 38 godzin), i pierwszy rzut oka na miasto (drugi, dłuższy nastąpi przy powrocie). O 19.19 rozpoczynamy kolejny etap podróży. Pociąg jedzie do Kisłowodska przez Ukrainę (Charków), i Rostów nad Donem, zatrzymując się średnio co 30 minut, a co jakieś 2-3 godziny na dłuższy 20-30 minutowy postój. Można go wykorzystać na zakup jadła i napojów u dworcowych handlarzy oczekujących z ciepłymi posiłkami i zimnym piwem na peronie. Średnia prędkość jazdy nie należy do imponujących i wynosi 50-60 km/h. Nie ma co liczyć na atrakcyjne widoki - za oknem tylko pola, lasy, z rzadka jakieś wioski, pola, lasy …. aż się chce spać. I tak dochodzimy do największej zalety tego środka przejazdu - człowiek może się wyspać, naczytać lub rozmawiać do woli, nie popadając przy tym w charakterystyczne dla długich podróży otępienie dzięki możliwości pospacerowania po korytarzu (choćby po wrzątek do samowaru), wyjścia na peron itp. Uciążliwe bywa jedynie zamykanie toalet (dwie w każdym wagonie) w tzw. zonach, czyli ok. 15-30 minut przed i po większych miejscowościach. Najbardziej uciążliwe i stresujące są jednak kontrole na granicach (nasze wypadają w nocy). Na każdej z granic mamy cztery wizyty w przedziale i szczegółowe pytania na temat celu podróży, przewożonych rzeczy itp. Wydaje się, że mamy wszystko w porządku, a mimo to trudno o zachowanie pełnego spokoju. I nie mylimy się - rosyjskim pogranicznikom nie podoba się rzekomo odklejające się zdjęcie w paszporcie Marcina (aż dziw, że odpuszczają szkody, jakie woda wyrządziła w paszporcie Adama, który tłumaczy, że “nawadnienie jewo naszło”). W odosobnieniu Maciej otrzymuje propozycję nie do odrzucenia - “nada dac priezent”. Decydujemy, że 5 $ i tabliczka czekolady dla kobiety w mundurze w zupełności wystarczą. Mamy rację. Otrzymujemy też pisemne potwierdzenie wjazdu na teren Federacji Rosyjskiej, które należy zachować. Poza tym podróż przebiega bez problemów.

Dzień 3 - 17 sierpnia, czyli uciekajmy w góry

17 sierpnia, punktualnie o 9,30 jesteśmy w Piatigorsku, znanym uzdrowisku. Wysiadamy wypoczęci i pełni ochoty, zabierając się za załatwianie formalności. Wymieniamy walutę (w kantorze w banku oddalonym o jakieś 30 minut piechotą od dworca) i kupujemy bilety powrotne na 29 sierpnia (ta sama trasa, cena tym razem wynosi ok. 60 $). Próbujemy też wypełnić obowiązek meldunkowy (na terenie Federacji Rosyjskiej prawo nakazuje zarejestrować się do 3 dni od przyjazdu), ale w sobotę taka placówka (tzw. OVIR) w Piatigorsku nie działa, więc postanawiamy zrobić to w Nalcziku, przez który popołudniu pojedziemy do Terskoła. Tymczasem degustujemy rosyjskie specjalności w restauracji (m.in. smaczne kałmary), podziwiamy rosyjskie kobiety (”krasiwe”) i powoli żegnamy się z cywilizacją. Następnie szukamy przewoźnika, który zawiózłby nas via Nalczik, gdzie chcemy dostać rejestrację i “poprusk”, czyli pozwolenie na pobyt w strefie przygranicznej, które jest potrzebne do poruszania się po południowej części doliny Baksanu (mapa tych terenów na www.elbrus.org). Chętnych jest wielu, ale szukamy konkurencyjnej ceny. Niestety, jest już dość późno i próżno szukać busów, zostają taksówkarze (jest jeszcze możliwość autokarem kursującym raz dziennie do Elbrusa, to najtańsza opcja). Dogadujemy się z Jurą, który za ok. 2000 rubli (65 $) godzi się na nasze warunki. Jedziemy wołgą w sześcioro i z grubo ponad 100 kg bagażem. Jura proponuje, by odchudzić się nieco przed wjazdem do Nalczika, by nie wzbudzać podejrzeń milicjantów na posterunku kontrolnym przy wjeździe do Nalczika (to stolica Republiki Kabardyno-Bałkarskiej) z Kraju Stawropolskiego. Tak też robimy (Marta i Marcin zostają na parkingu, a ich paszporty bierzemy ze sobą), co nie ratuje nas przed kłopotami. Obca rejestracja samochodu (Kraj Stawropolski) i bagaże leżące na dachu zdradzają turystów. A turysta, trzeba wiedzieć, jest w tym regionie dojną krową, z której korzysta nie tylko przedsiębiorczy Rosjanin pracujący w usługach turystycznych (głównie na własną rękę i na czarno), ale także władza. Milicjanci zatrzymują naszą wołgę i od razu zmierzają do celu. A wiedzą, czego chcą. Nie pomaga mediacja Jury (później skomentuje: “pa ruski razgawarywajesz, ni ch… panimajesz”), “kamandir” zaprasza z bagażami do siebie, czyli do obskurnego ni to biura, ni to strażnicy, gdzie temperatura wynosi ok. 35 stopni, kręci się kilku milicjantów zainteresowanych otwierającą się możliwością dorobienia, a w powietrzu wirują i bzyczą dziesiątki denerwujących much. Oddychamy mieszanką powietrza z oparami alkoholu i kłębami dymu tytoniowego. Następuje rewizja osobista (nasze łagodne protesty są zupełnie bezskuteczne) i paragrafy na nas szybko się znajdują. A to Maciej przewozi cudze paszporty (najpewniej ukradł), a to Adam nie ma zaświadczenia, że jego telefon komórkowy należy właśnie do niego, a to ….. milicjantom to wystarcza (choć łatwo znaleźliby inne równie bzdurne preteksty), żeby zabrać nas do Komendy Głównej w Nalcziku. Chyba że ….. no właśnie, po kilkudziesięciu minutach bezsensownej rozmowy (obie strony wiedzą o co chodzi, ale żadna nie chce wyjść z tym pierwsza) mamy dosyć chamstwa i bezprawia i proponujemy załatwienie sprawy w inny sposób. Proponujemy (wiedząc, że to mało, ale jako punkt wyjścia) 10 $. W odpowiedzi tylko złośliwy śmiech i groźba, że na komendzie zapłacimy 200 $. Najgorsza w takich sytuacjach jest bezradność - można żądać kontaktu z przełożonym błyskającego złotymi zębami “kamandira” albo z placówką dyplomatyczną, ale wiadomo, że w krótkiej perspektywie to może tylko pogorszyć sytuację i skończyć się zatrzymaniem aż do wyjaśnienia sprawy, co już jest najzupełniej zgodne z prawem. Łapówka jest po prostu częścią rosyjskiej rzeczywistości, do czego - zdaje się - przywykli prawie wszyscy i pewnie i oni postępowaliby podobnie jak nasi bohaterscy milicjanci, gdyby tylko znaleźli się na ich miejscu. Dość jednak tych smutnych refleksji. Negocjujemy twardo, ale widząc beznadziejność naszego położenia i mając świadomość, że czekający na nas Marta i Marcin się niepokoją kapitulujemy i staje na 25 $ (ze 100 $, jakich początkowo żądał “kamandir”), co nie jest wielką kwotą w podobnych sytuacjach. Z powodu tej przygody nie zdążamy jednak ani na rejestrację, ani do garnizonu, gdzie można dostać (tzn. pewnie kupić) “poprusk”. W sobotę pracują tylko do 13 (w dni powszednie - jeśli nas pamięć nie myli - od 9 do 16), co nie oznacza, że sprawy nie można załatwić później. Niestety tym razem oficer jest już tak pijany, że nie nadaje się do niczego. Z pustymi rękami i chudszymi portfelami wyjeżdżamy więc z Nalczika i chcemy jak najszybciej uciekać od tego bezprawia w góry. Mądry po szkodzie Jura radzi jednak (dlaczego dopiero teraz?!), by przesiąść się do wozu z rejestracją Republiki Kabardyno-Bałkarskiej. Można przypuszczać, że kierowca takiej “marszrutki” będzie “ustosunkowany” z milicjantami i żołnierzami (podejrzewamy, że za możliwość prowadzenia działalności przewozowej odwdzięczają się oni “stróżom prawa” jakąś formą haraczu). Zgadzamy się z Jurą i po dłuższym wystawianiu kciuka łapiemy takiego kandydata. Faktycznie, na kolejnych posterunkach (bodaj dwóch - Baksan i Tyrnauz) wysiada, wita się serdecznie z milicjantami, odchodzi na stronę, rozmawia z nimi i wraca po jakimś czasie, mówiąc “wsio w pariadkie”. Do Terskoła (ok. 180 km z Piatigorska) dojeżdżamy około 21.30. Jest już ciemno. Postanawiamy rozbić się na dziko, lekceważąc doniesienia o grasujących tu i ówdzie bandach uzbrojonych rabusiów (mapa niebezpiecznych miejsc na www.elbrus.org). Znajdujemy miejsce blisko drogi, ale - jak się wydaje - nieźle zaszyte i rozbijamy namioty. Jesteśmy bardzo zmęczeni.

Dzień 4 - 18 sierpnia, czyli pierwsze koty za płoty

Budzimy się wypoczęci, by odkryć, że rozbiliśmy się w lesie, tuż przy pastwisku (krowy oddalone zaledwie o kilkanaście metrów przyglądają się nam z zainteresowaniem) z całkiem niezłym widokiem na otaczające nas bloki skalne pokryte śniegiem. Widok zapiera dech w piersiach, a przecież to dopiero początek. Toaleta w lodowatym potoku, śniadanie, zwijanie biwaku. Mamy zapasy własnej żywności, ale zamierzamy posiłkować się miejscowymi dobrami. Nie ma z tym najmniejszego kłopotu, sklepów jest wiele, choć zaopatrzenie bardzo przeciętne, ale podstawowych produktów nie brakuje, a ceny dwukrotnie niższe niż u nas. Bez kłopotów znajdujemy “kwartirę” z 4 łóżkami za 100 rubli (3,5 $) za osobę. Ischak (gospodarz) cieszy się, że znowu gości Polaków, przed tygodniem była u niego inna grupa. Warunki średnie, nie ma ciepłej wody, ale jesteśmy zadowoleni. W końcu ma to być tylko baza wypadowa. Zgodnie z tym założeniem jeszcze tego samego dnia ruszamy na pierwszy rekonesans, kierując się w stronę przełęczy Terskol doliną rzeki o tej samej nazwie. Początkowo trochę błądzimy (mamy mapę rejonu Elbrusa kupioną w Sklepie Podróżnika, ale niewiele pomaga, trzeba dobrze pilnować ścieżki), idąc bardzo długą (jak niemal wszystkie) doliną wśród bydła i mijając nielicznych turystów. Przecinamy rwące górskie potoki, by wreszcie zacząć mocno wznosić się do góry. Około 17 dobijamy do dużego kotła na wysokości ok. 3100 m., gdzie odpoczywamy i podziwiamy widoki. Do przełęczy jeszcze daleko (2 godz.). Dotąd dzień był upalny, a niebo bezchmurne, popołudniu jednak pogoda zwykle się psuje, często rozpętują się burze, pada deszcz, a wyżej śnieg. Tym razem jednak obywa się bez opadów. Czujemy się dobrze, spokojnie wracamy do Terskoła. Wracając mijamy rosyjskich przewodników proponujących nam swoje usługi (bodaj 30 $ za dzień). Obiecujemy się zastanowić (”pasmotrim, padumajem”). W przyszłości będziemy korzystać z ich wiedzy i rad, planując kolejne wycieczki. Wieczór spędzamy w sklepie z niewielkim wyszynkiem, pijąc doskonałe miejscowe piwo Tieriek i zajadając się miejscowymi potrawami (czas oczekiwania - do godziny, gdyż produkcja odbywa się w domu prowadzącej “magazin”, a zaangażowana w nią jest cała rodzina).

Dzień 5 - 19 sierpnia, czyli tu rządzi żołnierz Kaukazu

Zapowiada się piękny dzień. Wynajmujemy więc Ischaka i jego starą, poczciwą Wołgę, by podrzucił nas do Azau, gdzie znajduje się dolna stacja kolejki (2350 m. n.p.m.) i kończy droga. Chcemy dotrzeć do przełęczy Echo Wojny (3349 m. n.p.m.). Mamy jednak świadomość, że to może już być teren strefy przygranicznej, na którym potrzebny jest “poprusk”, którego nie mamy. Już po kilku minutach wychodzi nam naprzeciw żołnierz w rozpadających się butach, z karabinem na sznurku i przyłapuje nas na gorącym uczynku. Adama zaprasza na leśny posterunek do przełożonego. Pieniędzy nie chcą, ale zgody na penetracje strefy nie dadzą. Pozwalają jedynie dojść do końca doliny i zawracać. Tak też robimy, idziemy wzdłuż rzeki, podziwiając wodospad i rzeźby skalne. Po godzinie marszu jednak trzeba decydować - iść dalej czy wracać. Podejrzewamy, zresztą słusznie, że wyżej czai się jeszcze niejeden “sołdat” i nie ma co ryzykować - w najlepszym razie - zawrócenia z drogi. Jest jeszcze w miarę wcześnie, więc wracamy do Azau, by po lunchu udać się w kierunku stawów położonych gdzieś na wysokości 3200 m. n.p.m., całkiem niedaleko Echa Wojny, ale od strony zachodniej u podnóża lodowca Małyj Azau. Wspinamy się ostro pod wyciągiem kolejki w towarzystwie licznej wycieczki z ogromnymi plecakami, mijamy pierwszą stację, skręcamy na zachód, idąc przez nieco księżycowy krajobraz. Nad większym stawem czekamy, aż przesłonięty chmurami Elbrus odkryje swoje piękno i grozę zarazem. Pogoda nie jest łaskawa (mgła schodzi coraz niżej), ale to i owo udaje się dojrzeć. Żartujemy, ale każdy chyba już wybiega myślami w przyszłość i zbiera siły na decydujące starcie. Cieszymy się jednak chwilą obecną. Schodząc podziwiamy widoki (na dole Azau jak na dłoni) do czasu, gdy łapie nas mgła i widoczność spada do 5-10 m. Z Azau do Terskoła schodzimy pieszo (45 min.). Jeszcze kąpiel w lodowatej wodzie (tym razem zmieszanej z wrzątkiem podgrzanym na piecu) i wcześnie, jak na wakacje, kładziemy się spać. Następnego dnia planujemy wypad do Tyrnauza w celu rejestracji, a później - jeśli wszystko pójdzie gładko - dwudniową wycieczkę w dolinę Iryk. Dzień 6 - 20 sierpnia, czyli kaukaski deszcz po raz pierwszy To już trzeci dzień odkąd wysiedliśmy z pociągu. Najwyższy czas, by zarejestrować swój pobyt w Rosji. Zaniedbanie tego obowiązku może skończyć się grzywną, a co gorsza kłopotami z opuszczeniem Rosji, zwłaszcza drogą powietrzną. Rano ruszamy więc (Marta, Maciej i Marcin oraz paszport Adama i Piotra) wraz z Ischakiem jego Wołgą do Tyrnauza (60 km). Ischak (w nieodłącznym kapeluszu i ciemnych okularach) obiecuje pomóc w załatwianiu formalności. Dojeżdżamy na posterunek milicji w Tyrnauzie (OVIR), który jest pełen ludzi oczekujących na widzenie w jakiejś swojej, bardzo ważnej sprawie, a mimo to nie pomstujących na nas, gdy za Ischakiem wchodzimy poza kolejnością. Okazuje się jednak, że “Swiety niet” (urzędniczka, która się tymi sprawami zajmuje, pojechała do Nalczika). Ischak nie traci jednak rezonu i po rozmowie z naczelnikiem, ten zaprasza nas do siebie. Od ręki załatwia sprawę (trwa to jednak chwilę), dołączając do paszportu, na różowych karteczkach, stosowne adnotacje. W dodatku wystarcza mu nasze serdeczne “balszoje spasiba”. Zadowoleni z siebie i chwaląc Ischaka wracamy do Terskoła, gdzie czekają już Adam i Piotr. Niestety, Wołga Ischaka pomiędzy Elbrusem i Terskołem odmawia współpracy. Bez benzyny nie pojedzie nawet taka maszyna. Chyba że zjeżdżając z góry, o czym Ischak wiedział doskonale i nie przepuścił żadnej okazji, by nie szkodzić pięknej kaukaskiej przyrodzie. Teraz jednak jedziemy w górę. Po kilku minutach intensywnego myślenia Ischak wyciąga z bagażnika plastikową butelkę z odrobiną benzyny, którą trzyma na czarną godzinę. Dzięki niej uruchamia silnik, rozpędza maszynę, a dalej - jak zwykle w dół - sama kula się ona do punktu czerpania benzyny (stacja to niestosowne słowo) w Elbrusie. A z benzyną (za nasze “dziengi”, co odliczamy od rachunku) dojeżdżamy do Terskoła. W międzyczasie Piotr i Adam rozpracowują teren pod kolejną wycieczkę. Zagadnięty przewodnik wymija się od odpowiedzi, twierdząc, że sami nie podołamy wyzwaniu (zdecydowanie chciałby zarobić). Z kolei poznany wcześniej turysta z Moskwy o mongolskich rysach twarzy wyjmuje przedwojenną mapę i całkiem zgrabnie szkicuje panoramę terenu. Umawiamy się z gospodarzami na przechowanie zbędnych rzeczy, których nie bierzemy ze sobą, do jutrzejszego wieczora i zarezerwowanie kwartiry na następną noc. (Zaskakują nas jeszcze jednym - wymieniają walutę po umiarkowanym kursie.) Mamy zamiar zrobić przetarcie przed Elbrusem, stąd zabieramy raki i czekany. Wsiadamy w Ischakową Wołgę i jedziemy do wioski Elbrus (15 km), gdzie rozpoczyna się dolina Iryk. Pouczeni przez znajomego turystę wiemy (a przynajmniej tak nam się wydaje), jak iść i gdzie szukać miejsca na rozbicie namiotu na wysokości 3100 m. n.p.m., tuż obok wystającego jęzora lodowca. Chcemy wrócić górami do Terskoła przez przełęcze Terskoł i Terskolak. Ruszamy w ostrym słońcu, idąc długą, powoli się wznoszącą i bajecznie kolorową doliną. Na rozdrożu, tuż za obozowiskiem, skręcamy na zachód. Im dłużej idziemy, tym większe zachmurzenie. Ale tego, co następuje około 17 i trwa może 30 minut się nie spodziewamy. Spada na nas ulewa wielka i rzęsista. Jesteśmy na 2700 m. n.p.m., wysoko nad granicą lasu, nie ma się gdzie schować i przeczekać, chyba że do namiotu, co też - rozbijając się w tejże ulewie, niektórzy w krótkich spodenkach i koszulkach - robimy. Jest to zapewne nasz rekord sprawnego rozbicia namiotu. Potem na przemian pada (raczej mży) i przestaje. Znajdujemy się prawie u końca lewego odgałęzienia doliny, tuż przy spadającym jęzorze lodowca. Idziemy zobaczyć perspektywę dalszej drogi. Nie wygląda to dobrze i to nie tylko dlatego, że widoczność jest kiepska. Decydujemy, że jutro rano, jeśli będzie lepsza widoczność, “pasmotrim i padumajem”, a potem ruszymy w górę. Noc upływa przy dźwiękach równo padającego deszczu, przepływającego 50 m. dalej potoku i rzadkich, ale donośnych odgłosach hałasów powodowanych przez spadające kamienie i zwały ziemi.

Dzień 7 - 21 sierpnia, czyli na kaukaskich przełęczach

Rano pogoda pozostawia wiele do życzenia. Chłodno, niebo zasnute chmurami, ale widoczność o wiele lepsza niż wczoraj popołudniu. Ciemne chmury dość szybko odpływają. Zaczynamy się ostro wspinać do góry, nie bez pomocy rąk chwytających czasem kępki traw czy większe kamienie. Ścieżki nie ma, wyznaczają ją prowadzący na zmianę Adam i Piotr, kierując się widocznymi od czasu do czasu kopczykami, ale głównie intuicją. Dobrze im to idzie, więc od tej pory w trudnym terenie prowadzenie należy do nich. Szybko się wznosimy (nie widać miejsca nawet na pół namiotu w rejonie, o którym mówił przyjaciel z Moskwy), przekraczamy granicę wiecznych śniegów (w sierpniu mniej więcej 3400 m. n.p.m.) i wkrótce czekany idą w ruch. Narząd ten (w przypadku niektórych po raz pierwszy w użyciu; zawsze kiedyś musi być ten pierwszy raz, dlaczego nie akurat na Kaukazie?) okazuje się łatwy w obsłudze oraz przydatny do utrzymywania równowagi i zapobiegania poślizgom. Zaliczamy przełęcz Terskoł (ok. 3500 m. n.p.m.), ale padający deszcz zmusza do ruchu. Idziemy więc dalej w kierunku kolejnej przełęczy, brodząc w gdzieniegdzie półmetrowym śniegu, kryjącym pod sobą warstwę lodu. Trochę się ślizgamy, ale dzielnie dochodzimy do przełęczy Terskolak na wysokości ok. 3600 m. n.p.m. (przyznać trzeba, że nadłożyliśmy trochę drogi, ale nie ma tego złego…). Maciej zalicza mały zjazd w dół, zakończony poprawnym użyciem czekana (za drugą próbą). Śnieg jest mokry i miękki, zatem raki na swój test muszą jeszcze poczekać. Jest zimno, jesteśmy głodni, a dogodnych warunków na przekąskę nie ma. Schodzimy więc szybko do kotła, który znamy już z pierwszej wycieczki. Tam wreszcie gotujemy jakieś jadło, ale w czasie konsumpcji dopada nas deszcz (no tak, przecież jest już 17), który z wolna przekształca się w regularną ulewę, zmieniając tym samym nasze zejście, głównie trawą i po nielicznych kamieniach, w koszmar. Co rusz ktoś zalicza efektowny upadek, w dodatku daje się we znaki zmęczenie. Klniemy pod nosem, ale powoli, w grupach, w nieustającym deszczu i niemiłosiernie zabłoconymi, podmokłymi ścieżkami, ponownie całkowicie przemoczeni, docieramy do Terskoła. “Kwartira” oczywiście na nas czeka, choć rozważamy, czy nie wziąć hotelu (podobno 150 rubli) z ciepła wodą. Zwycięża jednak lenistwo i może dług wdzięczności wobec Ischaka. Lądujemy więc znowu u niego, bierzemy kąpiel w zimnej (ha, już zimna, nie lodowata!) wodzie, wieszamy mokre ubrania w rozgrzanej kuchni i idziemy do “magazinu” na Tierieki i pierogi. Zasypiamy błyskawicznie, śpimy mocno.

Dzień 8 - 22 sierpnia, czyli kaukaskie porachunki

Od rana pada. Mimo to zbieramy się, pakujemy wszystkie bagaże, wsiadamy w Wołgę (wóz Ischaka tym razem w naprawie) i jedziemy do Azau (3,5 km), by powoli przystąpić do głównego celu naszej wyprawy. Niektórzy z nas mają wciąż przemoczone buty, jak się okaże nie zmieni się to przez kilka najbliższych dni. Nikt z nas nie posiada tzw. skorup i pod tym względem będziemy należeć pod Elbrusem do wyjątków. Będzie to największe zmartwienie nadchodzących dni. Ale póki co postanawiamy wjechać kolejką do górnej stacji Mir na wysokość 3470 m. n.p.m. (ze względu na padający deszcz i fakt, że dopiero co się częściowo wysuszyliśmy, rezygnujemy z pomysłu wchodzenia piechotą dla aklimatyzacji), a dalej “pasmotrim i padumajem”. Wcześniej siadamy w jednym z barów, by coś zjeść i poprawić minorowe ze względu na pogodę nastroje. Dwóm Rosjanom, bawiącym się z “damami” w tymże lokalu, wyraźnie się to nie podoba i zaczynają się zaczepki. Nie reagujemy, ale robi się coraz goręcej. Na szczęście agresja przenosi się na gospodynię lokalu (Kabardynkę), która ostrzega, że jeśli nie opuszczą jej lokalu, wezwie posiłki. Rosjanie nie słuchają. Przyjeżdżają posiłki. Dwoma samochodami, ośmiu chłopów z drewnianymi drągami. Zaczyna się krwawa jatka, w której udział bierze większość przebywających w tym czasie w okolicach stacji kolejki (także niektórzy z jej obsługi). Prowodyrzy zostają brutalnie pobici, na sucho nie uchodzi towarzyszącym im i walczącym jak lwice “damom”. Odjeżdżają z piskiem opon, choć wszyscy są porządnie wstawieni. Nie wiemy, czy doszło do rewanżu. Po kilku dniach lokal wyglądał normalnie. Tuż przed rozpoczęciem walk plemiennych udaje nam się wymknąć z groźnego lokalu. Przebieg wydarzeń obserwujemy już z platformy kolejki, oczekując na zjazd wagonika. Bójka zmraża nas do tego stopnia, że nikt nie zdobywa się na wyciągnięcie aparatu fotograficznego. W duchu nie żałujemy jednak pobitych, bo zaleźli nam za skórę. Może tylko kara jest zbyt surowa. Ale w Rosji wszystko wydaje się nieproporcjonalne dla przybysza z Europy. Wracając do kolejki ….. Za wjazd z prawem do zjazdu, jak zapewnia człowiek obsługujący kolejkę, płacimy 80 rubli od osoby, ale biletów nie dostajemy. Wietrzymy podstęp, ale jaki mamy wybór? - wsiadamy. Jedziemy z młodymi Żydami i grupą młodych Rosjan. W wagoniku nie ma nikogo z obsługi, pośrodku wagonika zionie wielka dziura. Wiedząc, do czego zdolni są Rosjanie (zwłaszcza gdy obok są Żydzi), nie czujemy się zbyt pewnie. Pogoda nadal beznadziejna, niewiele widać, mgła, zimno, zaczyna prószyć śnieg. Z przesiadką na stacji pośredniej dojeżdżamy do stacji Mir, jest już około 16 i postanawiamy przenocować w budynku stacji. Jest jeszcze tłoczno, ale powoli ludzie zjeżdżają do Azau. Spotykamy dwójkę Polaków z Gliwic, rozmawiamy, gramy w karty, chodzimy dookoła budynku, w którym nie ma nikogo z obsługi, kręcą się jedynie ostatni turyści. Niektórzy z nich rozbijają namiot w mocno nieszczelnym budynku (temperatura nie przekracza pewnie 5 stopni). Nagle około 19 wpadają żołnierze w sandałach i grzecznie każą się wynosić. Udajemy, że się przenosimy na zewnątrz, nawet dla zmylenia ich czujności rozbijamy jeden namiot na śniegu. Żołnierze zjeżdżają w dół, a my wracamy do tylko ciut cieplejszego budynku. Następni będą tu dopiero rano, więc możemy spokojnie spać. Jest to jednak najbardziej męczący nocleg. Zimno, świszczący wiatr, drżące szyby itd.

Dzień 9 - 23 sierpnia, czyli Elbrus coraz bliżej

Wstajemy wcześnie, obawiając się nalotu rosyjskich żołnierzy, jemy, rozgrzewamy zmarznięte ciała. Pogoda w dolinie przyzwoita, Elbrus w gęstej mgle, a u nas widoczność średnia, nie pada, choć niebo mocno zaciągnięte. Do beczek (tzw. Garabashi Point) dojeżdżamy krzesełkami przed chwilą uruchomionymi (40 rubli w jedną stronę), choć to tylko 45 minut piechotą. Oszczędzamy jednak siły. W beczkach (niecałe 3900 m. n.p.m.) duży ruch, nocleg kosztuje tu 200 rubli, ale my, po niezbędnym energetycznym posiłku, ruszamy w dalszą drogę. Słońce, które przyświecało jeszcze chwilę temu przy beczkach, jest już tylko historią. Idziemy znów we mgle (widoczność 5 m.), po śladach ratraków. Jesteśmy zaskoczeni, gdy już po godzinie jesteśmy przy ruinach Priuta 11 (ok. 4200 m. n.p.m.). Ze spalonego schroniska zostały tylko mury, które stanowią jednak idealny wiatrochron, stąd też kto tylko może rozbija namioty wewnątrz. O tym, że schronisko było kiedyś fachowo ogrzewane świadczy ocalała z pożaru sterta kaloryferów służących obecnie jako…schody! W okolicach jest wiele dogodnych miejsc do rozbicia namiotu, warto jednak wybrać jak najlepiej osłonięte od wiatru, który bywa bardzo dokuczliwy. Kiedy dochodzimy do Priuta, rozbitych jest już z osiem namiotów, znajdujemy jednak miejsce i na nasze trzy. Trochę pracy z łopatką i wbijaniem szpilek i namioty stoją. Planujemy spędzić tu trzy noce, dlatego jak nigdy przykładamy się do budowlanej roboty. Obok ruin stoi drewniany schron, w którym można dostać nocleg za 200 rubli (obecnie pełen Amerykanów) i z którego infrastruktury (ławy, stoły, wychodek) można korzystać (wskazane jest jednak używanie własnego gazu przez mieszkających poza schronem). Wodę czerpie się z lodowcowego strumyka. Jest wczesne popołudnie, dlatego we trójkę (Marta, Adam, Maciej) idziemy na rekonesans w górę, chcąc dojść do ok. 4500 m. n.p.m. i dać organizmowi szansę do przystosowania się do nowych warunków. Reszta wybiera odpoczynek. Idziemy godzinę, po czym spotyka nas nagroda - chmury ustępują, wychodzi słońce, jest bajecznie. Robimy zdjęcia, podziwiamy okoliczne pasma górskie. Nie trwa to długo, ale warto było iść. Nie czujemy żadnego zmęczenia, choć widzimy, że nasze ruchy są nieco wolniejsze, a oddech nieco szybszy. Przekonujemy się, że okulary lustrzane lub gogle i mocne kremy są jednak niezbędne. Wracamy pełni nadziei (z pobitym rekordem wysokości), że organizmy dadzą sobie radę z wysokością. Najważniejszy test to, jak mówią znawcy, pierwsza noc na dużej wysokości. Często kończy się obrzękiem płuc, nieznośnym bólem głowy itp. Jest wśród nas jeden astmatyk i jeden “ciśnieniowiec”, więc obawy są uzasadnione.

Dzień 10 - 24 sierpnia, czyli Elbrus jeszcze bliżej (i w dodatku go widać)

Wstajemy jednak w dobrej formie, lekko tylko zziębnięci, zwłaszcza ci, którzy nie mają puchowych śpiworów. Woda w butelkach pozamarzała, buty są sztywne, praktycznie skorupy (najlepiej trzymać je w nocy na sobie lub przynajmniej w śpiworze). Nic to jednak wobec tego, co dzieje się poza namiotem. Na niebie wściekły błękit, słońce operuje z dużą siłą, widać wszystko jak na dłoni. Oba wierzchołki Elbrusa wydają się być bardzo blisko, w rzeczywistości są wyżej o ok. 1400 m. przy średnim nachyleniu ok. 30 stopni. Robimy zdjęcia, grzejemy się w słońcu. W południe zaczynamy kolejne wejście aklimatyzacyjne. Planujemy dojść co najmniej do końca Skał Pastuchowa (ciągną się na wysokości 4650-4800 m. n.p.m.), a może nieco dalej. Początkowo jest bardzo łagodnie, z czasem jednak - gdzieś na wysokości 4700 m. - rozpoczyna się bardzo strome podejście. Pogoda się psuje, widoczność spada do ok. 20-30 m., zaczyna nieprzyjemnie wiać. Wkładamy raki, śnieg jest coraz bardziej zmrożony. Przeżywamy pierwsze kryzysy (zwłaszcza Marta). Koniec końców decydujemy, że nie ma sensu się dalej męczyć i zawracamy po osiągnięciu ok. 4900 m. n.p.m. Dochodzimy do bazy nieco zmęczeni, Trzeba zrobić zastrzyk kaloryczny. Wieczór upływa pod znakiem kart, rozmów z dzisiejszymi zdobywcami Elbrusa (znowu Polacy) i bojowego nastawiania się na jutrzejsze, decydujące starcie. Kładziemy się wcześnie (ok. 21), by rano wstać o 3, a już o 4 ruszyć w trasę.

Dzień 11 - 25 sierpnia, czyli wyżej już nie można (w Europie)

Gdy budziki w telefonach (w wielu miejscach, nawet wysoko, nie ma kłopotów z zasięgiem) drą się wniebogłosy o 3 nad ranem, a poza śpiworem panuje przeraźliwy mróz, myślenie o kilku godzinach ciężkiego podejścia sprawia, że człowiek ma ochotę rzucić to wszystko w diabły. Na szczęście nie wszyscy z nas tak myślą i mobilizują ociągających się ze wstawaniem. Elbrus trochę jednak motywuje, poza tym wiemy, że najlepiej jest wychodzić bardzo wcześnie, gdy śnieg jest jeszcze twardy i zmrożony i że pogoda popołudniu lubi płatać figle. Jemy, ale niewiele. Jest tak zimno, że organizm nie przyswaja. Pakujemy więc prowiant ze sobą, wkładamy na siebie wszystko, co mamy najcieplejszego i wychodzimy o 4,15. Bezchmurne, gwiaździste niebo, temperatura - 10 stopni mrozu. Ruszamy zaledwie trzy kwadranse po naszych znajomych z Gliwic, którzy w ramach przyjaźni polsko-rosyjskiej utworzyli zespół z dwoma młodymi Rosjanami. W oddali widać światełka ratraków, które w okolice Skał Pastuchowa dowożą leniwych i zamożnych turystów. Idziemy początkowo razem, średnim tempem. Po godzinie czujemy, że stopy w zesztywniałych, zmrożonych butach zaczynają marznąć. Błagamy, by słońce wyszło jak najszybciej i zaczęło nieco topić śnieg. Do tego lodowaty wiatr dmie z ogromną siłą. Wszystko to powoduje, że szybko tracimy siły i formujemy małe grupki, starając się jednak utrzymywać rozsądną odległość. Szybko dochodzimy i mijamy powoli idących pasażerów ratraków. W sumie w promieniu 300 m. idzie gęsiego 30-40 osób. Wreszcie wschodzi słońce, nie ma jednak warunków do robienia zdjęć - marzną palce u rąk (mimo to uwieczniamy wschód słońca) i u stóp, nikt nie myśli o jedzeniu, choć dodatkowa energia na walkę z wiatrem by się przydała. Mijamy najtrudniejszy odcinek tuż za Skałami Pastuchowa, gdzie nachylenie sięga pewnie ze 40 stopni. Po 4 godzinach, około 8, na wysokości ok. 5100 m., tuż przed rozpoczęciem trawersu okrążającego wschodni wierzchołek, podstępnie zaatakowana przez chorobę wysokościową, osłabiona i zmarznięta Marta poddaje się. Sami nie czujemy się mocno, więc nikt jej nie namawia do dalszej walki. Schodząc w dół Marta robi wiele pięknych zdjęć. Adam i Piotr są o jakieś pół godziny z przodu, widać ich dobrze, bo widoczność jest doskonała. Wierzchołki pozostają wciąż zasłonięte. Ścieżka zaznaczona jest wbitymi w śnieg tyczkami z czerwonymi wstążeczkami (które pozwalają uniknąć bliskiego kontaktu z nielicznymi szczelinami), trudno się zresztą zgubić w tłumie kontynuującym marsz. Trawers też jest jednak męczący. Na przełęczy Sadłowina (5416 m. n.p.m.) Maciej dochodzi do Piotra i Adama, Marcin zostaje nieco w tyle. Po raz pierwszy odpoczywamy dłużej, przy ruinach dawnego schronu jemy zmrożone batony, stopy na szczęście już doszły do siebie, przestajemy myśleć o odmrożeniu palców u nóg. Mróz jest siarczysty, słońce operuje mocno, wiatr na szczęście ustaje. Zostaje jeszcze do przejścia jakieś 1200 m. Na przełęczy jesteśmy z grupą polsko-rosyjską. Puszczamy ich przodem. Sami decydujemy nie czekać na Marcina, widząc, że przyłączył się do innej grupy. Trawersując wschodnie zbocze góry przeżywamy poważny kryzys. Robimy 15-20 kroków (znów duże nachylenie stoku) i odpoczywamy długo, ciężko oddychając. Mamy wrażenie, że jesteśmy bliscy utraty świadomości, trzeba się ruszać, by nie popaść w otępienie. Bohaterski Adam idzie chyba nadludzkim wysiłkiem woli. Piotr wydaje się wszystko kontrolować. Ze szczytu schodzą pierwsi tego dnia zdobywcy, mobilizują nas do wysiłku. Jesteśmy już blisko, wydaje się tuż tuż, widząc grupę polsko-rosyjską okupującą najwyższy zdawałoby się pagórek. Okazuje się jednak, że za zakrętem jest jeszcze ok. 200 metrów do przejścia, na szczęście niemal po płaskim. Już widzimy wierzchołek, wchodzimy samotnie od 10.30 do 11. 6,5-7 godzin to niezły rezultat. 5642,7 m. n.p.m.. Ciśnienie zastraszająco niskie - 550 hPa. Powietrze bardzo rozrzedzone, oddycha się ciężko. Widać wyraźnie, że to dach Kaukazu, pozostałe pasma i szczyty są znacznie niżej. Widok zapiera dech w piersiach. Sam szczyt to niepozorne, jakby usypane malutkie wzniesienie, na nim tablica pamiątkowa poświęcona bohaterom wojny. Robimy okolicznościowe zdjęcia (tylko sobie na szczycie), palce u rąk zesztywniały tak, że nikt nie myśli o fotografowaniu gór. Rozmyślamy na szczycie, niektórych ogarnia wzruszenie. Czujemy się szczęśliwi, cokolwiek to znaczy. Na szczycie spędzamy ok. 30 minut. Schodząc spotykamy Marcina z grupą, brakuje im do wierzchołka jakieś 0,5 godziny. Dochodzą szczęśliwie. Jak obliczyliśmy, tego dnia byliśmy na szczycie jako 10-12. Zejście to istna droga krzyżowa. Zmęczenie daje się we znaki, nogi odmawiają posłuszeństwa. Ryzykujemy i zjeżdżamy nawet na tyłkach, ale okazuje się to zbyt niebezpieczne ze względu na duże prędkości, jakich nabieramy na krótkich, acz stromych odcinkach. Humory jednak dopisują i nie martwią spadające kilkaset metrów rezerwowe skarpety czy zerwany przy hamowaniu pasek z czekana. Koniec końców, po 2,5 godzinach dochodzimy do ruin Priuta (można zejść, a właściwie zbiec nawet w 1,5 godz.). Jest 14, słońce nadal mocno praży, śnieg mięknie, ale jest zbyt zimno, by się opalać. Nie mamy czym oblewać wyczynu, jemy więc tradycyjne zupki, opychy, pijemy herbatę. Nadrobimy na dole. Marta zastanawia się, czy następnego dnia nie ponowić ataku, ale czuje, że nie podoła, a na pomoc ratraka nie ma co liczyć (potrzebna jest zorganizowana grupa do jego wynajęcia, a i cena odstraszająca). Dawno już porzuciliśmy myśl o wyprawie następnego dnia na wierzchołek wschodni - monotonna i męcząca wędrówka w ogromnej części (do przełęczy) tą samą trasą wydaje się ponad nasze siły. Jesteśmy już trzy dni na wysokości 4200 m. n.p.m., nie myliśmy się od czterech, Tierieka nie mieliśmy w ustach także od czterech. Krótko mówiąc, tęsknimy za cywilizacją. Następnego dnia definitywnie schodzimy.

Dzień 12 - 26 sierpnia, czyli dzień po

Wstajemy późno, nadrabiając zaległości z poprzedniej nocy i dając organizmom szansę na zregenerowanie sił. Mimo tego odczuwamy zmęczenie i po krótkiej dyskusji odrzucamy myśl, by wracać na nogach przez stację meteo do Terskoła (także dlatego, że fragment drogi biegnie przez pełen szczelin lodowiec). Zwijamy więc namioty (w międzyczasie trochę się wyludniło w ruinach Priuta) i schodzimy do beczek. Ostatnie spojrzenia na rozbójnika - Elbrusa, gdyż chmury schodzą coraz niżej i wkrótce w nich utonie. Z beczek idziemy do górnej stacji kolejki (Marcin jedzie na krzesełkach), a stamtąd w dół przepełnionym wagonikiem z grupą niedzielnych turystów (w tym Ormian), nie stroniących nawet podczas zjazdu od znakomitego armeńskiego wina (wiemy, bo częstują). Ustanawiamy zalążek przyjaźni polsko-armeńskiej (znają Gołotę, próbujemy się go wypierać) i udaje nam się zjechać za darmo, powołując się na to, że na dole zapłaciliśmy dwa razy więcej niż w rzeczywistości. Dojeżdżając do Azau, marzymy o szaszłykach, pierogach i przede wszystkim o Tierieku. Na dole ucztujemy w doskonałych nastrojach. Pouczamy też udających się do góry Polaków. W końcu osiągnęliśmy 80% skuteczność, a jak wynika z szacunków robionych na miejscu, na szczyt wchodzą mniej więcej 3 osoby na 5 podejmujących próbę (relacje internetowe były nieco bardziej optymistyczne, ale rzeczywistość wyglądała trochę inaczej). Planujemy też kolejne dni. Choć marzymy o saunie i relaksie, postanawiamy zrobić jeszcze jedną dwudniową wycieczkę roztrenowującą. Pamiętając rady przewodnika, chcemy udać się z wioski Wierchnyj Baksan (między Elbrusem a Tyrnauzem) do podobno prześlicznie położonego na wysokości 3100 m. n.p.m. jeziora, jednego z największych w tym rejonie, otoczonego ze wszystkich stron czterotysięcznikami. Znajdujemy kierowcę, który godzi się na nasze warunki (pamiętaj - zawsze należy się targować!) i wsiadamy do bardzo popularnej w Rosji Gazieli. Jedziemy w strugach deszczu, przy dźwiękach rosyjskiej muzyki (całkiem do rzeczy) i przymierzając baranie czapy, które Marcin kupił u przekupek w Azau. Są ogromne i cudownie cuchną. Husein, bo tak ma na imię nasz kierowca (serdecznie polecamy jego usługi - nr telefonu 886638. 479132, bardzo miły i uczynny człowiek), angażuje się bezinteresownie w poszukiwania “kwartiry” dla nas. Szybko znajduje się pokój z jednym ogromnym łóżkiem i dużym placem na podłodze. Warunki spartańskie, ale bierzemy za 80 rubli na osobę. Umawiamy się też z Huseinem, że trzeciego dnia przed południem przyjedzie, by zawieźć nas do Piatigorska. Cena znów konkurencyjna (1200 rubli za 4 osoby). Gospodyni przypadkiem wie też, gdzie można wymienić walutę. Idziemy z nią do chałupy sąsiada (chyba jakiś miejscowy sołtys), gdzie mimo miłego przyjęcia targujemy się o kurs (jest ok. 10% wyższy niż w kantorze). W sklepie dokupujemy niezbędne drobiazgi (a zwłaszcza 1,5 l. plastikowe butelki piwa Boczkariow i Bałtika), dostajemy też świeżutkie i jeszcze ciepłe krowie mleko od gospodyni. Wioska jest muzułmańska (muezin z minaretu tuż obok śpiewnie nawołuje do modlitwy), ludzie przemili i bardzo otwarci. Kąpiemy się przy gorącym piecu, na którym zagrzewamy wodę, mieszając ją w bali z zimną i polewając się chochlą (pojedynczo, bo w komórce trudno rozprostować ramiona). Ciepła woda, porządna kąpiel po raz pierwszy od kilkunastu dni! A potem najprawdziwsza jajecznica. I spanie bez kurtek, spodni etc. Dzień 13 - 27 sierpnia, czyli kaukaskie “nasnieżenie” Rano żegnamy Marcina, który musi wracać do ojczyzny wcześniej. Pozostałą, znowu pełną energii czwórką ruszamy przez wioskę do góry. Zbędne rzeczy zostawiamy w “kwartirze”, obiecując wrócić i przenocować tam za dwa dni. Zaczynamy w pełnym słońcu, szeroką drogą, następnie ostrymi zakosami i gęstym lasem (Wierchnyj Baksan leży na wysokości ok. 1600 m. n.p.m.). Gdy wchodzimy we właściwą dolinę Syłtransy jest już mglisto, wilgotno i pachnie deszczem. Trudno o rozkoszowanie się w takich warunkach widokami, ale zostajemy nagrodzeni po dojściu do jeziora, które leży na wysokości ok. 3100 m. n.p.m. (nadspodziewanie wcześnie, po ok. 5-6 godzinach wędrówki). Chmury się rozstępują, ukazuje się błękitne niebo, co wykorzystujemy na zrobienie zdjęć i przekonanie się, że to wyjątkowo piękne miejsce. Otoczone wysokimi, poszarpanymi i ośnieżonymi szczytami, pełne zieleni. Warunki szybko się pogarszają i wpędzają nas do ciasnych namiotów. Grając w karty i pijąc grzane piwo słyszymy padający śnieg. Kiedy wychodzimy z namiotu wszystko jest totalnie białe. Zimna noc nie odbiera nam dobrego humoru.

Dzień 14 - 28 sierpnia, czyli ostatni dzień (deszcz) na Kaukazie

Poranne słońce topi większą część śniegu, a widoczność jest całkiem niezła. Niestety, wkrótce wszystko zasnuwają gęste chmury. Mamy przed sobą ok. 8 godzin marszu, wychodzimy więc stosunkowo wcześnie, bez zbędnych, charakterystycznych dla wakacji, czynności typu czytanie gazety, wylegiwanie się na słońcu (nie ma ani tego, ani tego). Wchodzimy na przełęcz (ok. 3300 m. n.p.m.), a później w gęstej mgle (widoczność 5 m.) ostro schodzimy w dół, aż kolana proszą o litość. Wydaje się, że dobrze trafiliśmy z pogodą i na Elbrusie szczęście nam dopisało. Jeszcze tego nie wiemy, ale byliśmy dwa dni przed pechową/nieudolną (niepotrzebne skreślić) grupą warszawsko-lubelską, której niesławne losy były przedmiotem troski całej Polski. (Nic więc dziwnego, że znajomi odetchnęli z ulgą, widząc nas całych i zdrowych.) W miarę upływającego czasu i spadającej wysokości słońce coraz częściej się przebija i dzięki temu możemy obserwować faunę (głównie niezliczone stada pasących się owiec i baranów oraz pilnujących ich owczarków; o dzikie zwierzęta bardzo trudno) i florę, a także piękne wodospady. Gdy przechodzimy koło prowizorycznej zagrody dla koni wyskakują na nas dwa potężne psy. Maciejowi i Piotrowi, którzy idą na końcu, robi się naprawdę gorąco. Trzymają psy dosłownie na długość kijka. Na szczęście natychmiast za psami wyskakuje właściciel, ale nie od razu udaje mu się odwołać rozszczekane bestie. Zastanawiamy się, czy to ze względu na kradzieże i odludzie, ale po chwili wszystko jest jasne - kawałek dalej leży złapany we wnyki…wilk. Ludzi brak. Około 16 zaczyna padać deszcz, który nie ustaje przez następne dwie godziny. Nie ma mowy o przeczekaniu, gdyż czas nas goni, w dodatku zgubiliśmy nieco drogę (a właściwie ta nagle się urwała na długości 15 m. jakby przepołowiona wysuszonym korytem rzeki) i musimy nadłożyć przez ogrodzone pola i łąki. Do deszczu przywykliśmy i my, i nasze buty i plecaki. Udaje się jednak osuszyć w łazienko-saunie-suszarni naszej gospodyni. Podsumowując nasze wędrówki, uznajemy, że wybieraliśmy optymalne trasy, dzięki czemu nie jesteśmy ani znużeni, ani wyczerpani.

Dzień 15 - 29 sierpnia, czyli pożegnania nadszedł czas

Pakujemy się i nerwowo wypatrujemy Huseina. Przyjeżdża z 30 minutowym opóźnieniem. Jedzie z rodziną, która wysiada w Tyrnauzie. Kaukaz opuszczamy przy bezchmurnym niebie i w prażącym słońcu. Bez przeszkód docieramy do Piatigorska (z Wierchniego Baksanu ok. 150 km), nawet milicja nas nie zatrzymuje. Nad miastem góruje kilkunastometrowy pomnik Lenina, który swym czujnym wzrokiem obejmuje ten uzdrowiskowy kurort. Robimy zakupy (przed nami ok. 50 godzin w pociągach) i szukamy pamiątek. W parku nawiązujemy przyjaźń z miejscowymi (obowiązkowy toast za Mir Drużby) i raczymy się tanim piwem z beczki. Posiłek jemy w restauracji. Załatwiamy ostatnie formalności i wsiadamy do pociągu (19,33). Przed nami długi wypoczynek. W pociągu na szczęście działa klimatyzacja, z rzadka doskwiera tylko bliskość pociągowej toalety. Ludzie wracają z urlopów. Stosunki z prowadnicą nie układają się tym razem najlepiej, ale przy powrocie nie ma to tak dużego znaczenia. Największą atrakcją są postoje na stacjach i przebieranie w posiłkach oferowanych przez miejscowe babuszki. Podróż mija spokojnie i radośnie. To są prawdziwe wakacje!

Dzień 16 - 30 sierpnia, czyli chwilo trwaj

Beztroska podróż trwa, niezakłócona nawet na granicach. Odpoczywamy.

Dzień 17 - 31 sierpnia, czyli Mińsk, Brześć i wreszcie Polsza

O 8.52 jesteśmy w Mińsku. Żal wysiadać z pociągu, ale z drugiej strony jest już sobota, a w poniedziałek większość z nas wraca do ukochanej pracy. Do odjazdu pociągu do Brześcia mamy aż 5 godzin. Jest więc czas, by pochodzić po stolicy Białorusi i coś przekąsić. Miasto jest typowe dla socrealistycznego stylu królującego jeszcze kilkanaście lat temu. Kto lubi Plac Konstytucji i MDM, będzie czuł się jak u siebie w domu. Monumentalna architektura, duże przestrzenie, postradziecka, a najczęściej czysto radziecka symbolika. Socjalistyczna siermiężność, tu i ówdzie ubarwiona znakami nowoczesności. Ma to jednak swój urok. Miasto jest zadbane, wysprzątane, ludzie przyzwoicie ubrani. Kulturowo - zwłaszcza wśród młodych - dominuje zachodni styl (Mc Donald, kafejki internetowe, najnowsze przeboje i płyty muzyczne). Wśród przechodniów nadreprezentacja milicjantów, widać, że jest to cena za dające się odczuć w mieście bezpieczeństwo. Najładniejszą budowlą wydaje się jednak nowo wybudowany i dość funkcjonalny międzynarodowy dworzec kolejowy, którego nie powstydziłoby się niejedno zachodnioeuropejskie miasto (o naszych nie wspominając). O 13.58 ruszamy do Brześcia. Jedziemy w upale, ale da się wytrzymać. Śpimy. O 18.32 jesteśmy już w Brześciu, gdzie szybko kupujemy bilety, płacimy “podatek graniczny” (skomplikowane, w odrębnej kasie, warto zarezerwować trochę czasu na tę formalność), wzmacniamy się kwasem chlebowym, przechodzimy odprawę celną, robimy małe zakupy w sklepie wolnocłowym (patrząc na ceny, aż żal nie skorzystać) i wsiadamy do przemytniczego pociągu granicznego. A w nim ….. powtórka z historii opisanej już na wstępie. Do kontroli po polskiej stronie przechodzimy jako jedni z pierwszych, zaproszeni przez celnika ze względu na nasz nie budzący podejrzeń o przemyt wygląd turystów (tu po raz pierwszy dowiadujemy się o zaginionych pod Elbrusem rodakach). Wkrótce wsiadamy w pociąg relacji Terespol - Siedlce, a dalej Siedlce - Warszawa, czas spędzając znów na grze w karty (ta dawka tej gry wystarczy pewnie do następnych wakacji). Robimy rozliczenie i finansowe i wychodzi, że ekspedycja kosztowała nas (z ubezpieczeniem) około 1200 zł na osobę. Rozstajemy się przed północą w poczuciu udanej wyprawy, mile spędzonego czasu i naładowania na jakiś czas adrenaliną. Aha, nie dodano jeszcze, że schodząc do Wierchnego Baksanu myśleliśmy o kolejnych wyprawach ….. Ale o tym już w następnej relacji.

Skomentuj




Your comment

W treści można wstawiać te tagi: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <code> <em> <i> <strike> <strong>

Ważne: Komentarze na naszej stronie są moderowane, co może powodować opóźnienie w ich pojawieniu się tutaj. Prosimy w związku z tym, abyście nie dodawali tego samego komentarza kilka razy.

Posted by Adahu, filed under Uncategorized. Date: November 13, 2007, 10:10 pm |