Fogarasze

 Rumunia => Transylwania => sierpień 2004 =>

FOGARASZE (czyli - coś tam sobie przypominam…)

Racovita(?) - to bardzo wygodny start. Rozbijaliśmy namiot w środku nocy i dopiero teraz widzimy gdzie właściwie jesteśmy. A wylądowaliśmy całkiem przyzwoicie. Dojazd z Polski przez Ukrainę zajął nam 2 dni. Przejście całych Gór Fogarskich - w spacerowym bardziej niż sportowym tempie - następnych 10. - Bum drum! - żegnamy się ze sprzedawcą (i cywilizacją!) w zapadłym, ale jakże klimatycznym sklepiku. To ostatnie miejsce gdzie można się doprowiantować. Do biegu gotowi… Na przełaj pokonujemy pastwisko i znajdujemy właściwy szlak - Teraz będzie z górki… a właściwie - pod górkę! Bo chociaż pierwszy dzień jest trochę ulgowy …. pół dnia nad rzeczką na słonku - (w końcu trzeba się doenergetyzować!) i pięknej pogody… - to jednak teraz czeka nas ten największy wysiłek. Trzeba się wspiąć na odpowiednią - niekompromitującą wysokość.

Właśnie załamała się pogoda. Powiedzieć, że słońce przesłoniły chmury - to za mało. Grzmi, wieje, leje - … tylko się nie zniechęcać! tylko się nie zniechęcać! Mamy dobre schronienie - wczołgaliśmy się pod choinkę i chociaż dookoła leje my wcinamy kanapki z dżemem - ale nie możemy tu siedzieć do końca świata. no.. jeszcze trochę i przyzwyczaimy się do fogaraskich klimatów. Przy okazji po raz pierwszy żałujemy że nie mamy cigarette - bo to możliwość uprzywilejowanej gadki z pasterzem.

Za łąkami zacznie się skalista grań. Według mnie to najmilsze co może spotkać podeszwy butów. Skały określają charakter tych gór. Na grani szlak bardzo wyraźnie wyznacza ścieżka. Przy dobrej pogodzie trudno się zgubić. Za to więcej atrakcji zapewniają niektóre przejścia - czasem trzeba przeskoczyć, podskoczyć, podciągnąć się, przecisnąć plecak. Do wspinaczki czy bulderingu może daleko, obejdzie się bez specjalistycznych sprzętów .. ale rzeźba stwarza konkretne - bardzo fajne urozmaicenia.

Idziemy. Mgła, deszcz, grad - po omacku szukamy czerwonych krzyży na porozrzucanych kamieniach. A zza każdego kamienia wyskakuje burza! Początkowo idzie nam całkiem dobrze - póki szukamy całą ekipą. Jednak skalne księżycowe łąki mają to do siebie że łatwo się zgubić. Ktoś na kogoś czeka z boku, ktoś gdzieś skręcił, ktoś gdzieś poszedł .. no i pogubiliśmy się. Teraz zabawa polega na szukaniu siebie nawzajem. Żeby nie było wątpliwości - telefony komórkowe nie mają zasięgu!

Jak powinno wyglądać górskie schronisko? Hm… co kraj to obyczaj! W Fogaraszach są to blaszane puszki poustawiane w odległości jednego dnia marszu. Były ustawiane z myślą o rumuńskim GOPR-ze. Idea jest prosta - “Refugee” - blaszanki są poustawiane w odległości 1 dnia marszu od siebie. Teoretycznie oznacza to, że góry można przejść bez namiotu - ale w praktyce to kiepski pomysł - raz, że Fogarasze potrafią być surowe i wymagające, a dwa - szczególnie w sezonie - większość refugee jest przeludniona. Najczęściej śpimy w namiotach i udaje nam się omijać “stadne podróżowanie”.

Woda jest - tylko trzeba się dobrze rozejrzeć. Czasem wystarczy poszukać wokół obozowiska no a czasem nie ma rady - trzeba skoczyć 300 metrów w dół… - a to oznacza 15 minut schodzenia w dół i pół godziny pod górkę. Poza tym - co tu gadać - góry są naprawdę dobrze oznakowane. - na każdym Refugee jest profesjonalne oznaczenie: namazane farbą słowo “Apa”, symbol wody oraz strzałka w którym kierunku trzeba jej szukać. Jeśli ktoś lubił jako dziecko bawić się w “podchody” to ma szansę znów się wykazać! - nagroda: można przynieść wody dla całej ekipy. My zamiast podchodów stosowaliśmy zasadę “wyliczanki”: wczoraj byłem ja, dzisiaj będziesz ty.

Wchodzić czy nie wchodzić? Nie jest jeszcze późno, ale jest za to ponadprzeciętnie szaro, pogoda średnia, ciuchy mokre. A przejście od Negoju do przełęczy Draculi jest w zasadzie najtrudniejszym odcinkiem całego łańcucha. - Dziś nie ma już sensu - próbują przystopować nas ludzie ze spotkanej wycieczki - około 10 osób z Rumunii. Mogą mieć rację… - chociaż Negoyu wydaje się na wyciagnięcie ręki to jest to tylko złudzenie. Pierwsza zasada - nic na siłę! A poza tym … mamy do dokończenia jeszcze jedno brydżowe rozdanie… no i kilka rzeczy do wysuszenia. Odkładamy “atak” na drugą co do wielkości górę Fogaraszy na jutro. Następnego dnia okazuje się, że decyzja była słuszna. W nagrodę - koniec z chmurami, na szczycie czekająca nas superextra widoki. Aha - no i jak wszędzie - Polacy… - Cześć! nie wiecie co zrobiła Wisła z Realem?! - w gruncie rzeczy mało mnie to obchodzi… W porównaniu do najwyższego w Fagaraszach Moldavanau - Negoyu jest górą o wiele przystojniejszą ale też… bardziej wymagającą.

Do Moldavanau idziemy oddzielnie - ja (czyli Gośka) z Beatą spacerkiem jak po parkowym deptaku - również dlatego, ze tak właśnie jest ukształtowana powierzchnia - grań tych gór jest stosunkowo równa i nie zaskakuje kolejnymi zejściami i wejściami. Adahu i Piotrek zostali zobowiązani do przyniesienia browara ze schroniska (czyli prawie 800 metrów w dół - hehe;) i dzięki temu mamy 4 plastikowe butelki - dla każdego coś piwnego! Moldavanau - najwyższy fogaraski, a tym samym najwyższy w Rumuni szczyt. Jest trochę z boku - trzeba zejść z głównego szlaku, iść około pół godziny. Mnie rozczarowuje fakt, że nie jest nawet “pod górę” - bo Moldavanau to taki bardziej skok w bok. Za to prawdziwym wyzwaniem jest nie dać się zdmuchnąć z grani!

Refugee pod Moldavanau jest pełne. Panuje tu kontrowersyjna kultura nie wpuszczania więcej osób niż jest miejsc - kontrastuje to z powszechną rumuńską gościnnością. Czesi, którzy przyjdą później przekonają się o tym na własnej - mokrej skórze…. I znów się dzielimy. Część z nas śpi w namiocie, a część w refugee. Wybór jest miedzy nocą spędzoną wśród zużytych skarpetek, a powietrzną poduszką, w którą przemienia się namiot gdy wiatr ciągle w niego wieje. Ta noc to masakra. Piwo okazało się mniej świeże niż mogłoby być. Efekt: żołądkowa awantura. Po długiej nocy przyszedł krótki dzień - wszyscy jesteśmy zatruci, udaje nam się pozbierać koło południa, ale nie mamy sił i zdrowia żeby daleko iść - prawie od razu znów się zatrzymujemy.

Wow! - szosa Transfagaraska. Już z góry widać ze będzie fajnie. Świeże owoce, gorący syr i schłodzony browar! Transfagaraska to takie Krupówki. Położone wysoko - ale handel kwitnie. Żeby zbudować tą drogę trzeba było dynamitem wysadzać góry. W praktyce powstała najwyżej w kraju położona droga. Może imponujące - ale głupia desperacja w rywalizacji z przyrodą po prostu przeraża! Przerażające jest też to, ze znów musimy się wspinać - 700 metrów w górę.

Idziemy i idziemy… a do drogi czy jakiejś osady ciągle daleko. Niby zeszliśmy już z gór, ale za to zatonęliśmy w lasach. Nie ma drogi - ale jest czas i niczym nieograniczona laba - noc przy ognisku, spanie pod gwiazdami, wielka wyżera i kąpiel w jeziorze. Potrawka z grzybów - fogaraskie lasy są bardzo gościnne pod tym względem. Słonko praży i dopiero następnego dnia po południu wypędza nas świadomość, ze trzeba iść bo zjedliśmy już wszystko co się dało. Na niedźwiedzia się nie doczekaliśmy - poza Piotrem, który spotkał małego grizli w krzakach.

- Czy Jaruzelski jeszcze żyje? .. bo Ceauşescu już nie… - u podnóża Fogaraszy prowadzimy polityczne rozmowy. Tym razem po francusku gimnastykuje się Beata. Panowie rosyjski znają, ale mówić tym językiem nie chcą. - Za dużo złego przez Rosjan mamy! Korzystamy z ich uprzejmości - łapią nam stopa. Kierowca nie mówi w żadnym wspólnym z nami języku, za to pruje dacią nad przepaścią tak jakby w ogóle nie miał hamulców… W ciągu godziny wypala chyba karton papierosów. Dodatkowe atrakcje to: wyścig z ciężarówką - nad krawędzią i przepaścią zamykamy w przerażeniu oczy! - prezentowanie rodziny i przyjaciół - kiwamy głowami, uśmiechamy się i mamy nadzieję że nas nie obrażają! - kontrola z siekierą i wylegitymowanie ludzi z ciężarówki… - nasz kierowca to chyba jakaś miejscowa szycha…!

Dombroviciare(?). mają tu świetny browar, a chleb trzymają w lodówkach - ostrzegam, bo daliśmy zbić się z tropu - ciężko było pokazać palcem chleb, którego niby nie ma. To taka mała organizacyjna uwaga. Z innych organizacyjnych uwag - “Blonde”, “Brunete” najlepiej smakuje na swojskiej ławeczce pod sklepem, pite - jak zwykle - miedzy jednym a drugim rozdaniem. Ostatnią noc spędzamy pod mostem… oczywiście w elegancko rozbitych namiotach! Poza tym czuć tutaj te same gościnne i przyjazne klimaty co w całej Rumuni.

Potem jest jeszcze Bran i Braszow. Ale to już temat na inne historie…

Wyssane z e-maila:

Wyssanie pierwsze


Co do naszego powrotu (Gośka, Beata, Adahu) to jechaliśmy długo. A wszystko przez to że Ukraińcy nie otwierają okien!!!
Na początku w Braszowie musieliśmy zebrać zapasy na długą drogę więc odwiedziliśmy po kolei - automat z lodami, sklep, odjechany pub rosigniolle (przy jednym z równie “wypasionych” ścieli nas na wejściu za plecaki), i meksykańską knajpę, której osobiście przyznaję pięć gwiazdek i złoty medal!!
Mistrzostwo godne olimpiady (konkurencja - życie na bezdechu!) - to trasa z Czerniowcy do Lwowa - 8 godzin w zaklajstrowanym autobusie. to znaczy w autobusie bez okien po bokach z jedną tylko otwierającą się szparą w dachu.
Przez pierwsze cztery godziny wygrywaliśmy polsko-ukraińską wojnę o okno! (były ofiary - jedna ukraińska babulina chcąc nie chcąc musiała obstawiać tyły. Jedna kobieta z dziećmi musiała się z nami zamienić bo przeszkadzał jej pęd i “przeciąg”. najpierw płakała i stękała ona - chyba z niezadowolenia, a potem jej dzieci - z gorąca i ze smrodu!)
W Tarnopolu autobus załadował się do pełna. Ci co stali pod oknem zamkneli je szczelnie. Padał konkretny deszcz a oni nie chcieli moknąc. Dyskusja była nie możliwa. Zdecydowanie działanie zakrawało na samobójstwo… Ale jak ktoś mnie zapyta o wrażenia z wycieczki to z pełnym przekonaniem odpowiem że Ukraina… jest jak zamknięte okno…
No i Lwów. Ile nam zabrakło? ze 20 minut. Nie ma autobusów, nie ma pociągów do granicy. Są tylko zwariowane drogie dolarowe taksówki. W programie wycieczki opcja gratisowa - “Lwów baj najt”.szczęśliwie nie zaspaliśmy w parku i w ostatniej chwili - niestety już w deszczu - dotarliśmy o świcie do busa, Przemyśla i do domów.
Przynajmniej ja i Beata. No i Adahu też gdzieś tam “wylądował”….;)

Wyssanie drugie


Po zniknięciu dużego igloo mój (Piotra) namiocik pozostał rozbity trochę ni w pięć ni w dziewięć pośrodku placyku, a wiec zostałem sam i nie chce mi się spać i nie mam nic do roboty… na taką okoliczność przewiduje jest tylko jedno rozwiązanie… na niedźwiadka do parku ;-)
Wracam do namiotu i lekkie zdziwko. Kto by chciał się teraz rozbić musiałby się napocić zanim by znalazł jakąś miejscówkę. Placyk jest prawie pełny (piątek). Obok mojego namiotu zaparkowały 2 dacie. Otyli Rumuni krzątają się przy namiotach. Ich otyłe kobiety grillują góry kiełbasek. Magnetofon ustawiony na cały regulator. Już ich nie lubię.

Jeszcze 2 piwa i humor mi się poprawia… Może i zostałem bezczelnie porzucony, sam, w dzikim kraju, gdzie gada się jakimś pogańskim językiem, ale jak by na to nie spojrzeć siedzę w samym środku imprezy :-)))))…. ROMAN-DISCO ….. :-(((((
Umc umc umc umc umc umc…..
Chociaż jak by się w toto dobrze wsłuchać (minister zdrowia ostrzega…)… Jakieś ślady Bregowicza (starego Bregowicza, tego z “czasu cyganów” “undergroundu”, zanim został zepsuty przez Kayah), muzyki cygańskiej, dźwięki wschodu… dużo można usłyszeć po paru niedźwiadkach.
Jeszcze jedno blonde na dobranoc, siusiu i lulu.
Budzę się dość wcześnie, jak wcześnie nie jestem w stanie ustalić - zegarek kaput.
wszystko do wora (zniknął mi nóż tym razem na dobre - Beata !!! gdzie jesteś ??!! ;) - odtąd smaruje chleb łyżką :P
i dawaj..
Jednak Bran jezt troszeczkę większy niz to sie wydaje kiedy sie wysiada z autobusu. Po drodze mijam pare knajpek - wyglądają duzo bardziej zachecająco niz te w centrum szkoda ze wszytko jeszcze zamknięte.
Kończą się zabudowania zaczyna się las, a w lesie grzyby i jedno podejście. Długie. Robię “na raz”… potem 2 godziny restu na hali :)
Bucegi maja kształt kopniętego rogala. Ten od strony zewnętrznej zbudowany z wapiennych “warstwicowych” zlepieńców, poszarpany, skalisty. Z tej strony prezentuje się super.

Wnętrze rogala to łagodnie opadające hale, łąki, prawie paskowyż…
W Cabana Omul w cholerę ludu… obsiadają… Oczywiście pełno Polaków. Ja się nie przyznaję gadamy po angielsku. Siedzą przy ciorbach, rozprawiają o czarnych dj-ach, hiphopie, polityce …. i mnie denerwują.
Jeden z nich dzień wcześniej odłączył się od grupy i jeszcze się nie znalazł. Zdaje się, że szykują jakieś poszukiwania. Życzę szczęścia i idę dalej.
Za kabana Omul zaczyna się DROGA. Taka zwykła rozjeżdzona szutrowa droga tyle że z niezliczoną ilością wariantów… rozwidleń, ponownych zejść itp. Obok DROGI biegnie RURA. W założeniu miała chyba iść pod ziemią, ale co chwila z niej wystaje
Obie ciągną się parę metrów poniżej grani rogala i łącza ze sobą schroniska, stacje narciarskie, wyciągi, kolejki linowe i jeszcze cholera wie co. Pomiędzy Babele a Piatra Arsa znajduje się nawet pełnowymiarowe boisko piłkarskie, wraz z bieżnią - a właściwie trzema i trybunami, prawie stadion, a nieco wcześniej na caraiman wybudowali sobie wieżę (TV? GSM?) Wieża z daleka wygląda jak wielka pomalowana w czewono-białe pasy prezerwatywa (z bliska dokładnie tak samo).

Całokształt przypomina teren gigantycznej budowy. Ktoś zamierzał włożyć dużo pracy, potu i wysiłku, chciał cos stworzyć - szkoda ze w połowie mu się znudziło. Koncepcja zagospodarowania terenu, a właściwie jej brak, poraża. Rumunom najwidoczniej to nie przeszkadza. Wszędzie ich pełno. Pojawiają się “na weekend”, na lekko, bez plecaków. Rano wyjeżdżają kolejka linową na “szczyt” obwarzanka po czym rozłażą się po jego obwodzie… i polegują :). Pod wieczór schodzą. Robi się pusto i całkiem przyjemnie. Pozostaje niewyobrażalna ilość śmieci których nikomu nie chce się nawet zagarnąć w jedno miejsce.
Mocną stroną Bucegów jest rzeźba terenu. Widać ze górki nie powstały przedwczoraj. Zarówno sam układ grani/dolin jak i budowa jest bardzo urozmaicona. Przeważnie są to wapienne ścianki i turniczki, czasem zlepieńcowate przekładańce, miejscami obłe warstwicowate wieże, a w okolicach Cabany Babele wypolerowane przez wiatr skalne grzybki (piaskowce? nie wiem nie sprawdziłem i teraz żałuję).
Właściwie cały obwarzanek da się obejść w ciągu jednego dnia, a przynajmniej mnie się to bez problemów udało. Nocleg na grani pomiędzy Piatra Arsa a Furnicą. Szpileczki gładko wchodzą :) Całą noc leje i wieje (średnio mocno), a namiocik pięknie się trzyma. Zdaje egzamin - w środku sucho i nadspodziewanie ciepło.
Nazajutrz pogoda taka sobie, ale nie pada. Zwijam majdan i 2 godzinki później ląduję w Sinaii. Miejscowość trochę większa od Branu, najwyraźniej nie jest w stanie się zmieścić na dnie wąskiej dolinki. Serpentynowate uliczki wspinają się na zachodnie zbocze. Z ciekawszych rzeczy to mają tu zameczek (ponoć), całkiem niczego sobie monastyr (bez problemów można wejść do środka) i jeszcze cos czego przeznaczenia nie jestem w stani odgadnąć, ale w każdym razie robi wrażenie - przynajmniej z zewnątrz. Poza tym pełno hoteli, domów handlowych knajpek sklepów z pamiątkami. W żadnej księgarni nie ma mapy Węgier, nie ma mapy żadnych innych rumuńskich gór. Sklepy spożywcze na ogół nieźle zaopatrzone, w jednym z nich kupuje twarożek - wygląda jak zwykły biały serek ale jest bardzo słony. Przepyszny i bardzo trwały. Zakupiłem solidny kawał i żywiłem się tym właściwie do powrotu do polski. Okruszki wyjęte z plecaka w Rzeszowie nie zdradzały najmniejszych oznak zepsucia.
Do Braszowa kursują stąd pociągi - tramwaje intercity. Jak na moją kieszeń odrobinę przydrogie, zresztą nigdzie mi się nie spieszy. Rozkładam się z moim twarożkiem i piwkiem w parku.
Wsiadam w osobówkę do Busteni.


Wyssanie trzecie i ostatnie
Opis trasy pokonanej z buta.

1. Racovita - Sebesu de Sus - szałas pasterski
2. szałas - Vf cocoriciu - Vf Surul - Vf budislavu (gdzieś na grani śpimy w namiocie)
3. Vf ciortea - Vf garbova - Vf Scara - Saua Scarii (refuge)
4. Saua Scarii - Vf Negoiu - ref Caltun
5. Caltun - Vf Laita - szosa transfagaraska - bezimienny “klimatyczny” refuge
6. refuge Vf Arpasu Mic - Vf Arpasu Mare - Vf Podragu - Vf Corabia - Saua Orzanelei - Vf Moldovaneanaum ref Portita Vistei
7. refuge bezimienne vf-y nocleg na grani
8. Vf La Cneia - Vf Urlea - Vf Iezerul - Vf Leaota - Cumat Zarnei (czyli piłka)
9. piłka - Vf Zarnei - Vf Ludisoru - Curmat Vladului - Vf Berevoescu - Vf Lutele - Vf Comisuii - Lacul Pecineagu (czyli jeziorko)

A jak kto by zechciał sobie prześledzić palcem po mapie (raczej po monitorze) to tutaj są zamieszczone scany map Fagaraszów (na stronie również inne rumuńskie góry): http://harti.mielu.ro/meridionali/fagaras.html
Niektóre pliczki mogą się długo ściągać. Najlepiej nie otwierać ich bezpośrednio w przeglądarce tylko najpierw ściągnąć na dysk (prawym klawiszem kliknąć na podpis pliku, wybrać zapisz jako… zapisać gdzieś na dysku, poczekać aż się ściągnie i dopiero otworzyć). W przypadku największego obrazka komp i tak będzie chwilę mulił (u mnie 15 min ale może dłużej). Najlepiej nie używać systemowej przeglądarki tylko jakiejś odrobinę bardziej zaawansowanej.
Zresztą w przypadku poniższego 30 mb jpg daje jakiś 250 - 300 megowy obraz bitowy. Jeżeli ktoś nie ma 500+ M Ramu o płynnym przeglądaniu można zapomnieć
Najlepszy scan - o 3 lata młodsza kopia mojej mapy: http://harti.mielu.ro/download/fagaras6.jpg - zajmuje 30 mega! Lekka przesada, a te poniżej wyglądają całkiem przyzwoicie i powinny już chodzić bez problemów (ale i tak będą się chwilkę ściągać)
http://harti.mielu.ro/download/fagaras5.jpg
http://harti.mielu.ro/download/fagaras_vedere_din_nord.jpg
http://harti.mielu.ro/download/fagaras_vedere_din_sud.jpg
zresztą wszystko opisane na stronie… po rumuńsku :-]

Skomentuj




Your comment

W treści można wstawiać te tagi: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <code> <em> <i> <strike> <strong>

Ważne: Komentarze na naszej stronie są moderowane, co może powodować opóźnienie w ich pojawieniu się tutaj. Prosimy w związku z tym, abyście nie dodawali tego samego komentarza kilka razy.

Posted by Naat, filed under Uncategorized. Date: November 13, 2007, 10:10 pm |